Stare porzekadło, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - ma w sobie więcej prawdy, niż to się czasami może wydawać.
Już kilka razy zdarzyło mi się rozmawiać z ludźmi na temat tego, że uczę się jeździć na rowerze. Pierwsza reakcja zawsze jest taka sama: "To ty nie umiesz?", do tego jeszcze wypowiedziane takim tonem, jakby chodziło o takie coś zupełnie naturalne, jak plucie na odległość czy dłubanie w nosie. Nie, nie umiem - odpowiadam. Zwykle wtedy zapada cisza, w którą można sobie włożyć wszystko - od żalu, przez politowanie i takie kiwanie głową mędrca, że "nie wiesz, co tracisz", aż po przejście nad informacją z pełną obojętnością.
Jakoś tak mi to nigdy wybitnie nie przeszkadzało, bo z tyłu głowy siedziała taka informacja, że jak się za małego nie nauczyłam, to teraz mi to 1. nie potrzebne; 2. i tak się nie nauczę; 3. stara dupa powinna chyba raczej siedzieć w domu, albo uczyć się innych rzeczy, ew. zrobić prawo jazdy, skoro tak bardzo chce jeździć.
Potem urodziło się dziecko, dziecko podrosło i niebezpiecznie zbliżyło się do momentu, kiedy wsiądzie na swoją pierwsza biegówkę. I pojawiła się myśl... będzie miał trzy, cztery lata, wsiądzie na rower i pojedzie, tata wsiądzie na rower z Potworem i pojedzie za nim, a mama co...? Znowu z boku, bo ani pływać, ani wspinać, ani tańczyć, ani nic...? Tak pomyślałam też, że Młody to jak na rower wsiądzie, tak w trzy godziny opanuje wszystkie możliwe manewry i będzie zasuwał jak mały samochodzik, ja niestety potrzebuję na to i dużo czasu, i możliwości rozłożenia tej nauki w czasie - w końcu to już nie ten moment, kiedy mogę sobie po prostu wyjść z domu i wrócić za 6 godzin - każde moje wyjście to organizacja opieki dla Małego.
Dziś, pomimo euforii po wczorajszych "sukcesach", kiedy pochwaliłam się koleżance, że nie spadam z roweru, pojadę do przodu i nawet SKRĘCĘ, an razie tylko w prawo, ale jednak - usłyszałam: "A co masz a problem? Przecież wsiadasz i jedziesz!"
Rower to stan umysłu.
I piszę to z perspektywy osoby, która czuje łaskotanie podczas zachodzenia tych zmian. Póki stoję jeszcze mniej więcej w połowie między: "Nie dam rady, wywalę się!" a "Wsiadasz i jedziesz". Kto jeździ od malucha, a kto jeździć nie potrafi w ogóle, może mieć niezły ubaw z tych tekstów. Wydaje mi się jednak, że zmiana sposobu rozumienia roweru (ale to zabrzmiało....) to dość interesujący proces i fajnie jest się przyjrzeć mi z perspektywy, za jakiś czas, z innego stanowiska.
W zeszłym roku miałam się pojawić u znajomej z Torunia. Już się nawet umówiłyśmy, kiedy do niej wpadnę, kiedy padło stwierdzenie, że laska mieszka na zadupiu i że przywiezie mi rower, to sobie podjedziemy te kilka kilosów do niej. Dla kogoś, kto jeździ - tak jak moja koleżanka - cały czas, wszędzie, ze tyłek ma zrośnięty z siodełkiem, to rzecz zupełnie naturalna, tak jak się zakłada buty do wyjścia z domu, tak kolarz bierze rower, wsiada i jedzie.
Jeżeli nie jeździsz, kwestia roweru to abstrakcja - kilka miesięcy temu to była dla mnie zupełna abstrakcja, uniesiona do granic absurdu - jak? wsiąść i pojechać? Rower i szprychy od roweru na rysunkach w stylu vintage czy retro kojarzyły mi się tylko z dekoracjami, akcentem i równie dobrze można było zestawić go z trzepaczką do jajek - to ażurowe, to ażurowe, pasuje, wygląda ładnie. "Rower" to taka sama abstrakcja jak machanie pojami, lot balonem czy robienie fikołków. Jak wręczam znajomym poje i mówię: "Masz, pomachaj sobie" to mają takie miny, jakie ja pewnie strzelałam w zeszłym roku na test: "Masz rower, przejedź się".
Rower to totalny stan umysłu.
Dwie godziny walczyłam ze sobą, żeby nie bać się pojechać. Lękliwa ze mnie osoba, fakt. Fakt jest też taki, że jak ma się trzaśnięte hamulce - ba, jak się nie wie, jak z tych hamulców korzystać! - zaczyna się wyższa szkoła wtajemniczenia.
Oczywiście, jako osoba strachliwa, zawsze wcześniej siedze i trzepię temat, szukam informacji, porad, opinii, w Internecie albo wśród znajomych. Znajomych (których nie wstydziłabym się zapytać) pod ręką nie było - został Internet. Koniec końców, historię powstania roweru i opony pneumatycznej mam w małym palcu. Reszta, chociaż budowę roweru w teorii czytałam kilka razy, okazała się w praktyce być czarną magią. Jak już siadłam, to nie wiedziałam, gdzie i czy mam biegi, jakie hamulce, co do czego, z czym i jak... Totalna czarna magia. "No, ale co? Siadasz kochanie i jedziesz".
Spytałam w końcu mamę moją, która, jak się okazało, na rowerze jeździć potrafi. Spytałam, na jakim rowerze jeździła. "Miał dwa kola i kierownicę" - i to był całkowicie poważny tekst. Kiedy spytałam, jak sobie radziła z przerzutkami, to usłyszałam, że żaden jej rower przerzutek nie miał. Olśniło mnie wtedy, że mama jeździła na rowerze przed 83 rokiem, kiedy najnormalniej w świecie zmiana biegów była ledwo co dostępna, a rowery górskie dopiero mieli wprowadzić do obiegu.... Obecnie wszyscy mi wpajają, że inaczej niż na góralu nie da rady się poruszać po Wałbrzychu... To jak się ludzie poruszali w latach powojennych?
Złom na razie skrzypi, rzęzi i cierpliwie mnie znosi, zupełnie jak mąż nasza pierwsza lekcję. Tym bardziej, że ze mnie czasami wychodzi Zosia-Samosia i wszystko chcę sama, ale żeby mnie jednocześnie asekurować. Więc ten mnie trzymał, za co został okrzyczany. Potem trzymał rower, za co też został okrzyczany. Potem stał kilka kroków ode mnie, nieco z tyłu - i wtedy spokojnie już się uczyłam. Złom podobnie - oberwało mu się kilka razy o beton, raz o kostkę brukową, raz się nawet złożył, bo go źle zmontowałam i rama zgięła się wpół, a ja jak baletnica zeskoczyłam z niego na ziemię, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, że nie zaliczyłam "gleby"...
Wczoraj Złom cierpliwie czekał, aż załapię, jak się zakręca. Czekał spokojnie, aż załapię, aż wyczuję, co i kiedy trzeba robić. Okazało się, że dopóki się na rower nie siądzie i nie pojedzie, chociaż te 100 metrów, to człowiek staje albo po jednej stronie barierki, gdzie obserwuje jadącego (męża dla przykładu) i myśli sobie: "Kierownica prosto, to prosto jedzie, kierownica w prawo, to skręci w prawo, jakie to łatwe!", a potem sam wsiada na rower i macha kierownicą we wszystkich możliwych kierunkach, żeby nie zlecieć... albo i zlatuje, przejeżdża upocony z nerwów jak szczur jakieś 1000 metrów i nagle stwierdza, że faktycznie, to nie jest trudne, że najtrudniejsze jest pierwsze 1000 merów, zanim faktycznie oderwie się nogi od ziemi i pojedzie.
Potem, co dla mnie jest największym chyba zdziwieniem, jedzie się odruchowo. I ten odruch to właśnie ten stan umysłu :)
Generalnie, jeżeli przeczyta ten tekst ktoś, kto jako dorosły będzie się uczył jazdy na rowerze, to zachęcam gorąco, żeby sobie zapisywać swoje odczucia w trakcie nauki. Potem, kiedy już się opanuje cały ten sprzęt - ciekawie jest sobie poczytać, jak to było w trakcie - i jak nasz tok myślenia ewoluował :)
Mój Złom to niebieskie Wigry 3, składam go i wrzucam do bagażnika. Obiecałam sobie, że po pierwszej jeździe po mieście dostanie naklejkę ze Złomkiem z serii "Cars", może nawet go odmaluję... Zobaczymy.
![]() |
tak właśnie kompresuje się Złom :) |