Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na drutach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na drutach. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 stycznia 2017

Druty - Szał i szal

Tak się złożyło, że odkurzyłam blog tuż przed Bożym Narodzeniem. Ha, w najbardziej gorącym okresie, jaki tylko jest możliwy. Sprzątanie, gotowanie, okna, firany, choinka, prezenty, szał, zakupy i tak od nowa. Cóż, ja postawiłam sobie za priorytet wykonać szal dla mojej mamy. Wszystkich, kogo mogłam, tego obrobiłam, a mamy mojej jakoś nie. Jaki wstyd. Normalnie nic, tylko się pod ziemię zapaść.

Do tego w zeszłym roku po Bożym Narodzeniu mama wcisnęła się włóczkę i poprosiła o szal. A ja, pracując z "tej" firmie nie miałam czasu podłubać w nosie, a gdzie robić na drutach... i tak włóczka przeleżała sobie u mnie ponad pół roku, a potem wróciła do mamy. Było mi wstyd, ale co zrobić. Nie miałam czasu na nic.

A potem zostałam zwolniona - z początku było to jak strzał w pysk, ale z biegiem czasu jestem coraz bardziej zadowolona z tego, że już nie pracuję w tamtej firmie. Pojawił się czas, ale dochodzenie do siebie zajęło mi kilka miesięcy. Z koleżankami nadal mówimy na tamten zakład "żmijowisko", ale jedyne dobro to takie, że my, dziewczyny z jednego pokoju, trzymamy się razem - draft room raz na jakiś czas ma zjazd i dalej dajemy czadu.

Wracając do meritum - pojawił się czas, pojawiają się pomysły. Udało mi się znaleźć piękny wzór na szal, wybrałam włóczkę - byłam pewna, że była w tym samym kolorze, co mama mi dawała wcześniej - i siadłam do pracy. I koniec. Prułam cztery razy. 

Raz włożyłam robótkę na druty i okazało się, że sczytywałam wzór nie od prawej do lewej, tylko od lewej do prawej. Wszystko się poprzestawiało.... wszystkie oczka mi się odwróciły, a wrabiałam wzór... i co? I zorientowałam się po 5 dniach robienia, gdzie miałam zrobione 3 powtórzenia wzoru z 27. Szlag, szlag. No, długo nie robiłam, ale TEGO to nawet ja się po sobie nie spodziewałam. Zorientowałam się po tak długim czasie, że wizja zdążenia przed Świętami zaczęła odpływać.

Powiedziałam o tym mężowi - a mąż, jak to mąż, uparł się, że włączy film, "bo Ty go musisz obejrzeć". Tłumaczyłam chłopu, że nie da rady, bo jak wrabiam wzór to nie mogę patrzeć na ekran, bo muszę pilnować na schemacie. Nie, on włączy. I włączył tak, że minęło 2,5 godziny filmu, ja wprowadziłam za ten czas wzór, pomyliłam się o 3 oczka w poziomie i musiałam wszystko spruć. Robótki nie zrobiłam, filmu nie obejrzałam, a mąż usłyszał, że jeszcze jeden taki numer, a go zamorduję.


Potem wprowadziłam wzór dobrze i jakoś poszło do przodu, ale przy którymś z kolei powtórzeniu się walnęłam tak, że nie mogłam poprawić w pionie i musiałam spruć połowę powtórzenia. Potem się pomyliłam tak, że poprawiłam w pionie, a potem to już poszło.... Liczyłam, że dobrze by było robić po jednym powtórzeniu dziennie, żeby się wyrobić na styk do Wigilii, ale to było w momencie, kiedy powtórzenia szły mi jak krew z nosa i nie mogłam zapamiętać wzoru, a jak się skorygowałam, to potrafiłam wyrobić jeden motek dziennie. Łącznie wydziergałam 6 motków po 134 metry każdy. Wyszło tego 45 cm szerokości i 2 metry długości szala.


Przysięgam, myślałam, że szlag mnie jasny trafi jak zaczynałam. A jak skończyłam, to mi się włączył syndrom pustych rąk - bo co robić? Niby jakieś UFOki jeszcze są, ale nie chciało mi się ich wyciągać, więc zaczęłam coś dla siebie. A potem to będzie już Nowy Rok, noworoczne postanowienia i z górki :D

Jednak z niektórych przyzwyczajeń się nie wyrasta.






Szal zawiozłam mojej mamie w zeszły weekend. Wiedziałam, że nie będę się z nią widzieć na te Święta, więc odpowiednio wcześniej zapakowałam prezent. Miałam szczęście, że najpierw blokowałam chustę, a potem chowałam nitki. Kilka byłoby puściło, więc poprawiłam je jeszcze przy wykończaniu. Przyklepałam, pogłaskałam, pomodliłam się i hajda na wojenkę.

Przeżywałam ten szal i ten kolor jak walnięta. Kupiłam taką lepsza włóczkę, zapłaciłam za nią ponda 80 zł i modliłam się, żeby szal okazał się trafiony.

Mama moja dostała szal, rozpakowała, podziękowała i ciepła na łóżko, bardziej zajęta wnukiem. Trochę przykro mi się zrobiło, ale moja mama nigdy nie była zbyt wylewna w okazywaniu uczuć. Taki zawód.

Jak już wróciliśmy do domu, rozpakowaliśmy bety, pochowaliśmy jedzenie do lodówki mama moja zadzwoniła podziękować za szal. Widać jak już sobie pojechaliśmy przyjrzała się, przemyślała sprawę i stwierdziła, że jednak jest w porządku :) Powiem tak - jeżeli moja mama dziękuje dwa razy za prezent - pierwsze podziękowanie jest z grzeczności, a drugie od serca. I to drugie było dla mnie ważniejsze, bo wiedziałam, że mama z tego szala skorzysta, a ie będzie to dla niej dociążeniem (w sensie - dostała i szkoda wywalić, a nie podoba się i nie wiadomo, co z tym zrobić, żeby nikogo nie urazić). Powiedziała mi też, że kolor jest trafiony na 100%.

Poszłam spać spokojna i zadowolona :)

P.S. Ponieważ Blogger "zjadł" DHF bloga, a mnie zamknął Picassę, nie mam jak obrabiać zdjęć i w ogóle jak ich exportować na serwer zewnętrzny i tamże przerabiać/odwracać etc. Było tak fajnie i tak skaszanili, pomocy :(

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Druty - Ginkgo Crescend w kolorze benzyny

Kolor włóczki został określony w sklepie jako "benzyna". Coś w tym jest...
Kolejna chusta zaległa z przedświątecznych udziergów. Kolejna, trzecia, za kilka dni, zamknie cykl.

Wzór Ginkgo Crescend z ravelry.com, włóczka Loren Wool Simli Tiftik, 80 gram (półtora motka), druty 4.00 i 5.00, wykańczane szydełkiem 3.0. 

Zdjęcia nienajlepsze, bo po nocy robione (jak to ja...)







Robiłoby się ją ekspresem... robiłoby... zrobiłam pierwsze 12 rzędów koronki i okazało się, że gdzieś tam, przy którymś ogonku, w samym środku chusty spadł mi narzut i jakoś tak niefortunnie, że się małpa jedna naciągnęła i cały blok się rozprostował do niteczek na 3 rzędy w dół. Przysięgam, nie do złapania... Prawie się popłakałam z wrażenia, ale musiałam spruć trzy godziny roboty, wyprowadziłam ją na prostą i rzuciłam w kąt. Kończyłam na 2 dni przed zdaniem dziewczynie. Udało się, i doprawdy nie wiem, czemu nie miałam siły jej wcześniej dokończyć.... Czasami tak jest, że wzór niby prosty, ba!, przecież po raz czwarty robiona, i nagle taki byk.

piątek, 9 stycznia 2015

Druty - Ginkgo Shoulderette Shawl różowa

W zamyśle miała być półokrągła i taką też wykonałam, jednak źle się układała i po miesiącu obchodzenia jej dookoła i zastanawiania się... sprułam bez żalu. O dziwo. Robiłam ją dwa dni, zblokowałam ekspresem i sprułam w 10 minut. Nawet się nie plątała.

Zrobiłam ja po raz drugi, tym razem w wersji shoulderette, czyli trójkątnej, tylko że tym razem zrobiłam ją większą - zamiast 5 powtórzeń na stronę zrobiłam 7 i wyszedł potwór (monstrum by wyszło chyba przy 9 powtórzeniach...).

Poszło 150 g włóczki, czyli niemal trzy motki Simli Tiflik w kolorze pudrowego różu ze srebrną nicią. Druty 4.00 dla body, 5.00 dla lace, wykańczana szydełkiem 4.0.
Blokowała się ekspresem, na ciepło.

Chusta jest jedną z dwóch zamówionych na prezenty gwiazdkowe, więc - żeby nie psuć niespodzianki - pokazuję ją dopiero teraz.






Zdjęcia robiłam w środku nocy, więc kolor taki nieco przekłamany, chusta jest różowiutka, o takusia:

źródło: http://www.grosshandelwolle.com/loren_simli_tiftik_light_pink_silver


~~*~*~*~*~~


W przypadku tej chusty po raz pierwszy doszliśmy z mężem do jednogłosu - kolor chusty nam się obydwojgu nie podoba ;) Robiło się pięknie, róż jest niezwykle wdzięczny w pracy, ale jakoś tak... ani to moja paleta kolorów, ani męża, nawet odcień nie ten. Ale dowiedziałam się, że klientka zadowolona.

czwartek, 11 grudnia 2014

Druty - Moje słodkie zielone Poppy - i warkoczowy szal

Wszyscy mają Poppy, mam i ja.

Najlepsze ze wszystkiego jest to, że moje Poppy powstało w drugiej dekadzie grudnia 2013 roku, post o nim napisałam wstępnie, zostawiłam do uzupełnienia o zdjęcia i kilka poprawek... i odgrzebałam dopiero teraz. Znaczy - odgrzebałam post. Poppy noszę cały czas. Zrobiłam do niej szal, który też non stop noszę od zeszłego roku, i też napisałam o nim piękny blogowy wpis, i porzuciłam wszystko z powodu braku dobrych zdjęć.

Dla osób, które nie bardzo wiedzą, co jest magicznego w tej czapeczce, odpowiem, że nie wiem... Zgubiłam swój opis i znalazłam do na raverly.com, okazało się, że masa osób go robi, nosi, tłumaczy, dzieli się, a prawa autorskie projektantki szlag jasny trafił, bo wszyscy chcą Poppy. Pytałam kilku osób o odczucia związane z czapą, to usłyszałam dokładnie to samo - że nie ma obecnie do kupienia ładnych porządnych czapek (nie mówię o kapeluszach!). I moja ciotka, i koleżanka z pracy, i znajoma męża zgodnie orzekły, że sam model Poppy jest na tyle kobiecy i praktycznie uniwersalny, że praktycznie każda kobieta nosząca czapki się w nim odnajduje.

Kilka razy nawet pożyczałam mój magiczny zielony zestaw do przymiarki. Zdarzyło mi się też w styczniu zeszłego roku, że jakaś kobieta zaczepiła mnie w sklepie spytać, gdzie kupiłam tak ładną czapę. Wszystko chyba przemawia na plus temu modelowi.

Oczywiście przedświąteczna nawałka spowodowała, że jak miałam rozpisać wzór dla mojej mamy po takiemu zwykłemu prostemu polsku, tak nie mam czasu... Eh.

...i nie mam też nowych zdjęć, więc bez sensu, żeby post dalej wisiał w archiwum - a zobaczcie, co zrobiłam:


Fota z zeszłego roku - nawet choineczki wiszą sobie na lustrze - w tym roku dostałam od mamy mojej na Mikołajki rózgę, więc jest rózga, a co - taka z diabełkiem - Czarny Piotruś górą!

Czapa i szal wykonane z ciemnozielonej Czterdziestki Arelana, na szal poszły dwa i pół motka, na czapę pół motka, na drutach 5.00 mm (szal) i 4.00 mm (czapka).

A takie zdjęcia są z dzisiaj :)




Szal jak widać, jest dwustronny, robiony w czasach, kiedy jeszcze wszystkie prawe i lewe przekręcałam, więc ściągacz w czapie jest z oczu skręconych, a szal, jakimś cudem, ma oczy przerobione dobrze. Warkocze przerabiane patentowo, drewniane korale w kwiatku, sam kwiatek szydełkowy. Mam niecny plan dorobienia do niego liści.

Poczułam tez różnicę w robieniu zdjęć aparatem ze swojego telefonu, a z KAZAM męża...

     
  
Zdjęcie po prawej jest z komórki męża, a zdjęcie po lewej wykonał aparat z mojej komórki. Jest różnica, prawda? Na zdjęciu jest to samo biscornu...

Od kiedy założyłam bloga trzy lata temu wiele się zmieniło, wiele komórek robiło zdjęcia moim wyrobom, ale dalej nie szarpnęłam się na aparat fotograficzny... Chyba mam postanowienie noworoczne....

niedziela, 30 listopada 2014

Druty - Rangers of Ithilien Gauntlets, czyli mitenki z Władcą Pierścieni w tle

Dostałam prawdziwego hopla na ich punkcie od momentu, kiedy je zobaczyłam na ravelry. Jest kilka rzeczy, które chciałabym wykonać dla samego aktu ich wykonania - np. legendarna Semele. Do tego jeszcze sama nazwa: Rangers of Ithilien Gauntlets spowodowała, że po prostu zapragnęłam wykonać ten projekt chociaż raz, jeden raz!

Te mitenki były dla mnie o tyle problematyczne, że ja mitenek nie noszę, bo nie lubię - a nie mogę też robić rzeczy i wrzucać do szafy, bo mam maleńkie mieszkanie i przy takim procederze szybko przestałabym mieć miejsce na cokolwiek innego. Szukałam chyba tydzień osoby, która zgodziłaby się je wziąć ode mnie po zrobieniu. Potem mniej więcej tyle samo czasu szukałam włóczki z czystej wełny. Znalezienie takowej w sensownym kolorze iw ludzkiej cenie za 100 gram graniczy z cudem. W pewnym momencie cena samych materiałów na mitenki, łącznie z klipsami, wyniosłaby ponad 40 zł...

Udało mi się jednak wyhaczyć resztkę Yarn Art Pure Merino, w kolorze zielonego groszku, czystą wełnę. Oj, czuć po niej, że czysta :D Mitenki zrobiłam, założyłam raz i zdjęłam, bo nie lubię, ale pięknie się termicznie regulują, dobrze leżą, są rewelacyjne...

...i w natłoku przygotowań do trzech różnych przedsięwzięć (ostatni tydzień października był zaiste gorący) zdałam je znajomej nie zrobiwszy zdjęcia...

Mogę się pochwalić jedynie fotami z pracy "w trakcie" i czekać na najbliższy zlot rycerski, bo mitenki maja być noszone do kostiumu średniowiecznego. Tak, wiem, z kostiumem splot warkoczowy nie ma nic wspólnego, dziewiarstwo chyba nie było wtedy znane, co nie zmienia faktu, że lepiej tak niż mieć zgrabiałe ręce przez większość czasu.





Post na pewno będzie aktualizowany, bo autorka mi obiecała zrobić ładne zdjęcie tych mitenek, więc pewnie będę je tutaj dorzucać za jakiś czas. Oby zdały egzamin!

poniedziałek, 17 listopada 2014

Znaczniki - Markery na druty

Czymże byłoby życie bez znaczników. Znacznik jest dla dziewiarki jak biżuteria - określa Twoje usposobienie i musisz się z nim dobrze czuć. Podobnie jak z drutami. Ponadto, poza swoim bezsprzecznym pięknem, znacznik musi być funkcjonalny. Oczywiście są ludzie, którzy radzą sobie świetnie bez znaczników, są też ludzie, którym wystarczą zwykłe spinacze do papieru - ba, koneserzy bywa, że idą krok naprzód i inwestują w kolorowe spinacze, czasami nawet w spinacze i dziwnych kształtach - nie zmienia to jednak faktu, że w pewnym momencie nawet najpiękniejszy spinacz zaczyna haczyć, czepiać się robótki, wyciągać oczy, nie pasować na druty powyżej numeru 4.50, zaczepiać się o niższe partie roboty i generalnie utrudniać zamiast ułatwiać.

Dla tych, którzy nie wiedzą, czym mą markery/znaczniki na druty - w wielkim skrócie są elementem, który zawiesza się na drucie pomiędzy oczami, żeby odgrodzić poszczególne partie robótki bądź zaznaczyć określone miejsce przy pracy np. przy podkroju pachy w swetrach z rękawami raglanowymi. Przy wrabianiu wzorów pomagają w zaznaczaniu ilości powtórzeń wzoru, czyli tzw. raportu.

Markery są przeróżne, tak różne, jak różne są dziewiarki i ich upodobania. Google pokazuje kosmiczne rzeczy, łącznie z modelinowymi babeczkami, ciasteczka, perełki, zwykłe koraliki czy zawieszki z motywami dziewiarskimi - cuda niestworzone, każdy znajdzie coś dla siebie.

Sobie oczywiście też zafundowałam porządne markery na druty, a co :)




Podczas pracy nad chustą, której wzór jest w tle haczące spinacze zaczęły mnie nieźle irytować, tak więc wymieniłam wszystkie posiadane markery na inne, moim zdaniem o wiele, wiele ładniejsze.

Są w moich ulubionych kolorach, drewniane, wspaniałe! Zastanawiam się nad kompletem w kolorze zielonym lub żółtym. Jak wiadomo, markerów jak i pięknej biżuterii, nigdy za wiele! ...

...jakkolwiek jednak żadna kobieta nie zakłada na szyję całej posiadanej przez siebie biżuterii, tak zdarza się, że na drucie jest tych markerów od cholery - mój rekord jak do tej pory to 24 markery czy jednej z chust, a dokładnie Begonia Swirl. Tak więc - markerów dziewiarskich nigdy za wiele <3

piątek, 14 listopada 2014

Druty - Srebrne mitenki, część I.

Generalnie robię te mitenki od roku... Wstyd się przyznać! Koleżanka je zamówiła, osobiście przyjechała pokazać, o co jej chodzi, a ja siedzę nad nimi już tyle czasu, że wstyd... Mitenki powstają powoli na drutach 2,50 mm, od razu na żyłkowych, bo nić tak mi się ślizgała na pończoszniczych, że druty mi co chwilę wypadały z roboty, wkurzałam się konkretnie.

Jak do tej pory udało mi się wykonać jedna mitenkę wg mojego projektu, właścicielce już się podobają, ale co chwilę muszę przerywać pracę, bo coś innego mam do zrobienia "na już". Muszę się z nimi uporać do końca tygodnia, więc pewnie będę siedzieć po nocach...

Jedyna pasująca mi rok temu nić na mitenki to była Himalaya Mercan szara, o której już jakiś czas temu pisałam, że to stacjonarnie u mnie legenda - wszyscy wiedzą o co chodzi, każdy w reku miał, ale nikt na stanie nie posiada i nie wie, kiedy dystrybutor cokolwiek przywiezie i czy to będzie to, co potrzebuję. W końcu za bajońską sumę zamówiłam przez Internet. I chyba raczej nie wykonałabym tych mitenek z innej nici, chociaż po roku czasu już mi się porządnie nieco zmienił poziom wiedzy na temat składu włóczek. Kilka wpadek i się człowiek uczy naprawdę szybko.

Całość trudno jest mi sfotografować z powodu długości mitenki. Może raczej to nie powinno się nazywać mitenką tylko rękawiczką - całość zaczyna się przy bicepsie. Na wykończenie dłoni nie miałam żadnego pomysł, więc po prostu na wierzchu zakończyłam. I zastanawiam się, czy wygląda to OK.


Wnętrze dłoni - chociaż A. nie chciała kciuka, wolałam jej dorobić, znając jej przeprawy z gałką przy kierownicy i wajchą zmiany biegów.

Ściągacz w nadgarstku w ogólnym zamyśle ma mieć jeszcze
wrobioną gumkę, która dodatkowo je ustabilizuje na dłoni.


całość ma 56 cm długości - zdjęcie tragedia...
ciężko zrobić tym mitenkom ładne zdjęcie :(

A tutaj rozpoczynam prace nad drugą do pary.
Widać, że znacznik dziewiarski - święta rzecz.

środa, 12 listopada 2014

Druty - Srebrny szal

Szal został zainspirowany zdjęciem z Pinterest. Znalazła znajoma i spytała, czy jest możliwe wykonanie podobnego. Przegrzebałam się przez wszystkie możliwe strony jakie wypluło mi Google na temat zdjęcia szala i okazało się, że w sieci nie istnieje on w innej formie jak dwie foty plus słowny opis pod jednym ze zdjęć. Normalnie szał ciał. Nikt nic nie wie, jaki to wzór, kto go wykonał, czyjego jest autorstwa...
Coś mi tam na podstawie instrukcji wyszło, ale podczas blokowania się drań wyciągnął i zamiast dwa razy na szyję można go sobie zarzucić trzy razy....

Nić La Passion Daisy w kolorze szarym, 70%mikrofibra, 30% poliamid, druty 6.00 mm. Wykonany ma długość 2,50 metra i szerokość 23 cm. Milusi, mięciusi i jak to mikrofibra - genialnie odparowuje wilgoć. Poszło praktycznie 150 gr, czyli w okolicy 3 motków. Nie wiem tylko, ile ponad 3 motki, bo jechałam odruchowo i jakby w amoku - że motek dołączałam za motkiem i straciłam orientację. Ha, blondyna...

Ciekawostką szala jest to, że na zdjęciu widać jednocześnie prawą i lewą stronę. Wzór w praktyce okazał się doskonale dwustronny.




Rant jest wykonany w taki sposób, żeby jakoś w miarę płynnie przechodził ze wzoru w brzeg. Mnie się podoba.



 A że wszystkie możliwe druty 5.00 i 6.00 mam chwilowo zajęte - wyciągnęłam z jakichś zapadłych kazamatów druty proste. Oh, zapomniałam, jak fajnie i momentami nie-fajnie się na nich robi. W każdym razie chwilowo wróciły do schowka, dopóki nie wpadnie mi kolejny szal do wykonania.


Włóczka okazała się być tak rewelacyjna w robieniu, że zostało mi jeszcze półtora motka. Już na pewno wiem, że będę robiła czapę dla znajomej, którą wszystko gryzie, wełny nienawidzi i która tez uwielbia puchacizny. Zobaczymy, na razie na etapie testów owinęła się tym szalem i wstępnie zatwierdziła. jeszcze tylko musi wybrać wzór.

Swoja drogą, coraz częściej trafiam na osoby, które na widok mojego zielonego kompletu z Arelana Czterdziestki w kolorze ciemnej zieleni wzdychają - bo poszukują właśnie czegoś takiego. Nie chodze po sklepach, nie łażę na ciuchowe zakupy, bo nie mam na to czasu i średnio to lubię, ale coraz częściej dochodzą do mnie głosy, że w sklepie "nic ciekawego czy ładnego nie było". Jak mijam stanowiska z czapeczkami w naszym Tesco czy innym sklepie, to wszystko bardzo młodzieżowe i niezbyt przykuwające uwagę, albo po prostu naciągane na czerep - a jak koleżanki widzą moją znoszoną poppy, to się zachwycają i pytają, gdzie można takową dostać. To takie nieco przerażające, że w tym masowym świecie ludzie dalej sięgają po handmade tylko po to, żeby dobrze się ze sobą czuć. Niby wszystko jest dostępne, ale w nawale cudów do wyboru tego wyboru de facto za dużego nie ma. Wiem, że znowu Ameryki nie odkryłam, ale czasami jest to dla mnie po prostu smutne - czasami mnie śmieszy, ale w większości smuci. Każda kobieta chce wyglądać i czuć się dobrze w tym, co nosi na sobie, a czasami sklepy dyktują mode w taki sposób, że nie wiadomo, czy usiąść i płakać czy zdecydować się na niedopracowaną szmirę.

niedziela, 2 listopada 2014

Druty - Spring Leaves w zimowej odsłonie ukończone

Spring Leaves
zimowa odsłona

Nic więcej do powiedzenia nie mam :)
Trzasnęłam 260 cm szala, wrobiłam 24 szklane koraliki.



Foty niewyraźne, bo szal blokował się złożony na pół. Zblokował się, to go złożyłam, podpisałam, zawiązałam wstążeczką i czeka na przed-boże-narodzenie na nadanie poczta do Poznania. Wzór znam na pamięć, można mnie odpytywać w środku nocy :)

Robiłam go długo, bo praktycznie 3 tygodnie, ostatecznie zaś wykończyłam 24 października. Ostatnie dwa powtórzenia wzoru, czyli koło 60 rzędów/30 cm robiłam tydzień, po jednym rzędzie, a w końcu siadłam jednej nocy już tak porządnie i niestety, sen mnie zmógł na ostatnie 8 rzędów :D Dopiero kolejnego dnia popołudniu udało mi się go skończyć jak należy, z frędzelkami i resztą pierdół...

Nie chcę się puszyć, ale wyszedł wspaniały. Bawełna merceryzowana w tej masie daje wspaniały efekt lania się w dłoni, czystości wzoru, konkretnej wagi wyrobu, 57 cm szerokości szala można bez problemu ścisnąć w pięści - i oczywiście wspaniale oddycha i grzeje jednocześni. jeżeli ktoś potrzebowałby szal do sukni wieczorowej, konkretnej wagi, a nie zwiewnego puszka, to z całego serca polecam wziąć sobie Altin Basak Myra. Ja zużyłam na powyższe cudo 5 (no, 5 i kawałeczek z 6) 50-gramowych motków, ale warto było, wart był zachodu. Dzięki Bogu nie ja go będę nosić, bo byłoby mi najnormalniej w świecie szkoda i bałabym się, że go zaciągnę, uszkodzę i będzie klops.

W blokowaniu boski. Dwa razy takiego przesiąkniętego wodą wyciągałam na całą długość z miski i dzięki temu wszystkie oczy naciągnęły się jak mogły pod wpływem ciężaru wody, wystarczyło odcisnąć i rozłożyć na boki, i wszystko się poukładało jak miało się poukładać.

Płynę w zachwycie :)

Tak więc pod spodem utwór, który idealnie do niego pasuje - Tomasa Bergersena "Autumn Love", opublikowany tego roku. Miłego słuchania.


środa, 29 października 2014

Druty - Ginkgo Crescend I w różach

Ginkgo Crescend robiłam jako alternatywę do Ginkgo Shoulderette Shawl, dla znajomej, w różach. Nić Kartopu Loren Wool Silmi Tiftik, różowa ze srebrną nicią: 71% akrylu, 24% wełny i 5% metalic. Jak nie trudno się domyślić, blokowane na ciepło. Robione dokładnie wg przepisu z ravelry.com, na drutach 4.00 całe body. Więc jak, się pytam, jakim cudem wyszedł mi taki zdeformowany gniot? Już podczas pracy podejrzewałam, że coś jest nie tak, ale takiego czegoś się nie spodziewałam....

Miało to cudo posiadać śliczny rant, o taki:



A wyszło coś takiego:



Jak widać na zbliżeniu, można sobie cudo naciągać i nic, oczy nie dają się wymodelować inaczej, co prowadzi do tego, że chusta się zwija... Szlag by to. Najgorsze, że na drutach mam już drugą, robioną w identyczny sposób i już wiem, że będzie ten sam problem. Zastanawiam się... pruć? Nie pruć? :/

Jedyne, co ja ratuje, to wygląd. Srebrna nitka ładnie się komponuje do tego pudrowego różu.



Nie wiem, zastanawiam się nad nią, ale zadowolona to ja nie jestem...

poniedziałek, 27 października 2014

Druty - Maluka II brązowa

Mam ostatnio wrażenie, że rozpędziłam się jak ekspres i nie wiem, czy wyrobię na najbliższym zakręcie. Podoba mi się to tempo, chociaż pojawia się słuszna obawa, że utrzyma się ono dłużej a zajęcia braknie... Oby nie brakło :)

Dla cioci Joli, najmłodszej z dwóch sióstr mojej mamy, szal Maluka. Podpatrzyła sroka jedna różowy moherowy w szafie u babci i zadzwoniła do mnie z wręcz żądaniem wykonania dla niej identycznego. No cóż, identyczny nie wyszedł :) U mnie jednak co zmiana nici i drutów, to mutant wychodzi. Nawet w blokowaniu nie miał tego samego kształtu co różowy, natomiast celowo zrobiłam dłuższy, na wyraźną prośbę cioci.

Włóczka Opus Diament, 80% angory, 20% akrylu, w kolorze brązowym, chociaż momentami przy świetle dziennym ma kolor czekoladowy. Delikatny symboliczny włosek. Druty 5.00 mm i 6.00 mm, wydziergana ekspresowo, bo w niecałe trzy dni. Nieco zmodyfikowałam wykończenie góry, bo dżersej w chuście babci strasznie się rolował, więc podpatrzyłam NUPPy w innej chuście i nimi wykończyłam brzeg. Efekt nawet zadowalający, chociaż mogło być lepiej...

Kolosalna wyszła, w najszerszym miejscu podczas blokowania miała coś ponad metr. Boję się trochę, bo mam słabość do dużych projektów, a potem kończą w szafie jak ta nieszczęsna patchworkowa kapa, bo nie mam umiejętności i/lub miejsca, żeby rozłożyć drania i uszyć - jak w przypadku kapy / zblokować - jak w przypadku szali.

Dość marudzenia, czas na zdjęcia.

Najpierw zbliżenie na zachętę, co by się ładnie prezentowało przy opisie bloga :)


No i żmudna reszta. Trzy razy rozkładałam ją do blokowania w końcu zdecydowałam się na kształt prawie okręgu, i chyba było to najlepsze posunięcie.

zajęła ponad połowę łóżka...
Ja nie wiem, co ja zrobię, jak mi się większa trafi...



zmodyfikowane wykończenie góry, moim zdaniem
o wiele lepsze od zwykłych elastycznych oczek.


zawinięty... też ładny :)




jak widać włóczka fajnie pamięta kształt.

I na koniec znów zbliżenie... jednak szyszeczki w wykończeniu wyglądają o wiele efektowniej :)



Może nie widać tego na zdjęciu, ale przerabianie body chusty na drutach 6.00 mm strasznie powiększyło oczka. Producent i tak zalecał do tej włóczki druty 5.00, chociaż to typ lace, chodziło właśnie o ten ażurowy wygląd i duże oczy. Już się niestety nauczyłam, że jak się robi cienizną na dużych drutach trzeba bardzo pilnować natężenia nitki podczas pracy, żeby oczy były równe. Na wyrobach tego typu "babole" w stylu za luźne/za ciasne oczko od razu są widoczne.

Ponadto, ponieważ dziecko moje znów chore i mam w domu szpital - zresztą, zaplątał się nam jakiś bakcyl, który wraca co 4 tygodnie, część postów opracuję już teraz i będą się one ukazywać automatycznie wg zaprogramowanej godziny. Chyba pora, po trzech bez mała latach utrzymać jakieś stałe tempo ukazywania się postów, a nie rzucić kilka jeden po drugim, a potem długo długo nic ;)

Miłej lektury, uciekam pisać póki mały śpi.