Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szycie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szycie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 października 2017

Moje szycie - Niech Moc będzie z Wami, jak długo mnie tu nie było.....

Tak długo, że jak trzeba było się zalogować, to mnie Google spytały o hasło, którego nie pamiętałam O.O

Normalnie spalić się ze wstydu to mało.

Natchnęło mnie nagle na takie pisane i inne podobne, bo jestem na wylotówie kilkutygodniowego maratonu rękodzielniczego. Niby pierdółki, niby nic, ale czasożerne rzeczy były na tapecie ostatnimi czasy. Dzisiaj jedna z nich, wybłagana przez chłopa: płaszcz Lorda Sith.

Się chłop uparł i chłop dostał, co było robić. Akurat pracowałam nad innym szyciowym wyzwaniem, nieco prostszym, ale i tak musiałam zrobić sobie chwilę przerwy, bo by mi się obwody przegrzały... albo wymyśliłabym kilka nowych przekleństw. Już tłumaczę dlaczego.

Oto tutorial, od którego wszystko się zaczęło:


Jasny jak cholera. Tak na chłopski rozum, oczywiście. A potem nagle się okazuje, że chłop ma okreslone wymiary, jest wyższy/szerszy/niewymiarowy, chce większy kaptur, podwójny rękaw (wewnętrzny wąski, zewnętrzny szeroki), do tego jeszcze kieszenie po bokach i wewnętrzne..... I bądź tu teraz mądry, jak ja w życiu uszyłam dwie bluzki (obie mają za krótki rękaw i za szeroką talię), dwie spódnice i jedną parę spodni (które i tak są na mnie za szerokie, bo nie umiem się porządnie wymierzyć...). Oczywiście chłop twardo mi kibicował i chyba tylko dlatego skończyłam to draństwo. Krojenie może jeszcze poszło jako-tako, całość zjadła siedem metrów materiału, ale tutorial zakładał najpierw zszycie ze sobą przodu i tyłu, nastepnie miały zostać przyszyte rękawy, na końcu wdany kaptur i zszycie boków. Zszycie boków wygląda tak uroczo... ale jak trzeba unieść do maszyny ponad 4 kilogramy materiału, bo już zaczyna się robić nieciekawie. Do tego chłop zażyczył sobie takiej ilości materiału i takich fałd, że jak doszło do wdawania kaptura to całość była tak najeżona szpilkami, że złamałam dwie igły w maszynie, w tym jedną na 5 kawałków - akurat coś mnie tknęło, żeby się cofnąć do maszyny. W tej chwili igla uderzyła w szpilkę i prysła w drobny mak. Cieszyłam się ze swojego przeczucia. (Czy może była to MOC? Ciul wi...)


Płaszcz skończyłam, chłop zabrał go ze sobą na PGA i woził się w nim wczoraj pół dnia.

Ponoć znajomi docenili, więc warto było zawrać 4 noce, żeby go wykończyć.











Dla tego efektu warto było cztery dni się męczyć.

Więc - jeżeli jeszcze ktoś nie wierzy w to, że Sithowie stali po złej stronie Mocy, to niech uwierzy. Szwaczki też potrafili pognębić.



P.S. Znalazłam jeszcze takowy tutorial na Jedi. Wydaje się prostszy, ale moje doświadczenie już mi mówi, żeby nie ufać pozorom :P


I tutaj na sam płaszcz:




*~*~*~*


No i na sam koniec trochę prywaty :D No przecież naklnęłam się jak dzika, ale jak już skończyłam to draństwo, to nie mogłam sobie odpuścić przebieranek i selfiszczy.






Ponoć już jest chętny na wypożyczenie tego cuda do sesji zdjęciowej.

Dam znać, jak się sprawa zakończyło.

niedziela, 14 czerwca 2015

Moje szycie - Fisherman pants czyli rybaczki inaczej

Każdy, kto miał kiedykolwiek w pasie więcej niż przeciętna pani rozmiaru 38 miał problem z dobraniem spodni. No, powiedzmy sobie wprost - świat utył, a wykroje nie bardzo. Dalej chyba jedziemy na tabelach z lat 80, a od tamtej pory jednak 36-38 przeszło w 40-42.

Od momentu, kiedy poszłam do pracy chciało mi się kupić spodnie, które będą wygodne, dobrze się układać, wyglądać "w miarę" po ludzku i nie odstawać jak walnięte po kilku założeniach. Mój największy problem polega na tym, że jak już się przyssam do jakichś spodni to noszę je tak długo póki 1. nie zachodzi niepodważalna konieczność wyprania 2. nie dojadę materiału do szczętu. Za normalną cenę trudno w tych czasach o wygodny ciuch, który by by i dobrze leżał, i długo wytrzymał. Moje "mniejsze" znajome jakoś tak nie mają z tym problemu, ale ja z moja figurą jabłuszka mam wielkie utrapienie i przy sukienkach, i przy spodniach - bo ja dobre w cyckach, to w brzuszku opięte, a jak dobre w pasie, to w cyckach fale Dunaju, a w udach hektary materiału, który w zamiarze producenta miał przylegać, ale nam odstaje.  Do tego ja mam jeszcze niemal góralskie łydy i jak już znalazłam spodnie, które dobrze na mnie leżą w brzuszku i w udach - usłyszałam szyderczy chichot moich wrednych łydek - że i owszem, spodnie założyłam, a teraz mam sobie zakombinować jak je zdjąć.

Fakt faktem poszłam w końcu do sklepu kupić sobie materiał na alladyny - chciałam zielony, wyszłam z fioletowym.... szczegół....

Jak już uszyłam te przeklęte alladyny - zabrakło mi gumek. Gdzieś diabeł ogonem nakrył, przepiłam wsiąkły, alladyny leżą nieskończone. Czekają do jutra, jutro lecę do pasmanterii i chyba szlag mnie jasny trafi, jak nie będzie wystarczającej ilości szerokiej gumy żebym sobie w pas wciągnęła.

Ale ale, ja sobie zawsze coś do robienia znajdę, znaczy - od ostatniego wpisu kombinuję sobie uszyć torebkę. Już znalazłam model, już rozpracowałam wykrój, tylko materiału mi brak....

Natomiast szperając za innymi modelami alladynek trafiłam na coś takiego, co nazywa się Thai Fishermen Pants. Zakochałam się. Tutaj ma męskiej dupie:


Już pomijając kwestię męską na zdjęciu, spodnie są genialne.
No dobra, może coś na pani:
źródło: http://tastythailand.com/what-are-thai-fisherman-pants-and-where-do-you-buy-them/
Nic dziwnego chyba, że się zakochałam? Spodnie są oneisize oraz unisex - no, może jakby się zagłębić w kwestię zdobienniczą to się okaże, że jednak nie takie zaraz unisex, ale jeżeli chodzi o rozmiar, jak najbardziej onesize. W portkach najpierw się topimy, potem zawiązujemy, a potem to już z górki. W Internecie można znaleźć nawet filmy instruktażowe jak to cudo zawiązać. Nieco gorzej z wykrojem.
Oczywiście niezastąpiona Burda sobie opublikowała wykrój - przecież Burda to Burda, ale oczywiście Polska strona Burdy nie ma ich w ofercie. Zresztą, po moich przeprawach z wykrojem koszuli dla J., który zamawiałam ze Sklepu Burda Polska pod koniec zeszłego roku nie chcę mieć z tą firmą nic wspólnego, chyba, że mnie naprawdę przypnie i
desperacja sięgnie szczytu....

Ja tu sobie gadu gadu. Znalazłam na jednym blogu dwa zajebiste wykroje na te same portki - właśnie fisherman pants. Pierwszy z 8 elementów, drugi z zaledwie 4, który przerobiłam na 3 części (jak to ja). Szyłam z materiału w kratkę, więc drugi wykrój bardziej przypadł mi do gustu, bo nie chciało mi się bawić z dopasowywaniem kratki i wykroju na małej powierzchni materiału, a uproszczony schemat do kratki nadaje się perfekcyjnie.

Drugi wykrój tez jest fajny, chociaż zamierzam wykorzystać go do szycia spodni w dwóch kolorach.

Tutaj można znaleźć pierwszy wykrój: http://clothwithpegs.blogspot.com/2008/09/wrap-pants.html

Jak już wspomniałam, oba wykroje mają swoje zalety.

Podjarałam się tymi portkami jak nastolatka. Usiadłam dziś rano, po kawce mojej kochanej, i zamiast torebki uszyłam sobie spodnie. J. nawet się szarpnął i zrobił mi zdjęcie - i co z tego, jak większość wyszła zamazana i mam dwa, które się nadają od biedy? Fajną mam komórkę, dobry mam aparat w tej komórce, ale jeżeli chodzi o ciuchy rzecz mi się rozbiła o fotografa....



Już w nich śmigałam po mieści i niestety znów z Wałbrzycha wyszła wiocha, bo dupę mi zrobiono za te spodnie.

Wstyd.

Mam jednak zdanie powyższych ludzi w nosie, bo nie wiedzą, jak są wygodne. Ich strata.

Ktokolwiek zatem ma czas sobie zaaplikować takie portki, długość nogawki oczywiście jest dowolna, od szortów do mega długie można mieć - zachęcam. A jak nie po mieście, to chociaż sobie uszyć jako piżamowe. Komfort gwarantowany. Ja sobie chwalę. Bardzo.

Rzekłam.

wtorek, 5 maja 2015

Moje szycie - Spódnica z bykiem

Spódnica z bykiem wzięła się stąd, że nieco mi się... schudło. Tym samym spódnica, która dość długo była na mnie dobra okazała się za szeroka o dobre 10 cm. Co za tym idzie, chciałam zwęzić, ale okazało się, że musiałabym pół spódnicy rozpruć, pozdejmować ćwieki i w ogóle zdefasonować ciuch.
Zdałam w cudze ręce.
Akurat na Papavero trafiło się coś fajnego, więc przyjrzałam się dokładniej. Dokładnie zapraszam do obejrzenia i pobrania wykroju STĄD.
W każdym razie kombinowania z wykrojem było co niemiara, bo nie mogłam rozgryźć instrukcji obsługi zamieszczonej na stronie. Cudem, był to 1 maja, administratorka była aktywna i pomogła.

Wydrukowałam swoją wielkość i... najpierw pojechałam do Ksiaża na Festiwal Kwiatów, kolejnego dnia na rekonstrukcję historyczną z czasów II Wojny Światowej do Kamiennej Góry, kolejnego dnia z dzieckiem do Książa (a co, przecież dla dzieci strefa też była), w poniedziałek też miałam wolne, ale z dzieckiem do przedszkola, a dziś, we wtorek, na chama prawie, sklejałam wzór, szukałam i kroiłam materiał i w ogóle szał pał. Oczywiście nie obyło się bez prucia - pasek przyszyłam na odwrót (palmface, cała ja, bez prucia ani rusz), w trakcie zapomniałam o fizelinie do paska, zamek wyciągnęłam z jakichś kazamatów kiedy do niego doszłam... Dosłowny szał pał.
Od ostatnich dwóch tygodni żyję nieco na granicy zdrowego rozsądku i cieszyłam się, że w końcu w natłoku rzeczy, które robię w ogromnej ilości do pracy albo na zlecenie na osób spoza pracy i obowiązuje mnie klauzula poufności mogłam wyskrobać przy wolnym coś, co mogłam uszyć dla siebie i tak, jak chcę. I z taką ilością byków, jaka mi się zamarzyła :D
I udało mi się uszyć tę spódnicę w powalającej prędkości trzech godzin O.O
Niestety, wyszły dwa zdjęcia dobre. Jak to po ciemku... może uda mi się małża namówić na foty na modelu, ale to zobaczy się jutro. Na razie - na wieszaku:



Kolor ciemny brąz. Generalnie to wykrój polecam :)

czwartek, 27 listopada 2014

Moje szycie - Bluzeczka z Anny

Druga bluzka, jaką w życiu uszyłam, ha.
Rozmiarówka z Anna Moda na szycie okazała się jednak skrajnie nie stworzona dla mnie, wyszedł mi rozmiar 42-44, a skrojony i zszyty okazał się workiem. Po prawie zarwanej nocy kolejnego dnia przymierzyłam bluzkę i musiałam całość spruć, odbić mniejsza formę, poprawić materiał i zszyć po raz drugi. Tak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że uszyłam ja dwa razy.

Efekt poniżej. Dłubany z mozołem i licznie pruty przedwczoraj i wczoraj. Tak po prawdzie już przy gorsecie kilka razy chciałam wszystko rzucić do szafy, ale tak sobie powiedziałam, że potrzeba nieco cierpliwości, bo się uczę - a nie nauczę się lepiej, niż na własnych błędach. Siadłam więc do szycia z nastawieniem, że będę pruć i poprawiać tak często, jak to możliwe. Warto było.

Szyłam z surówki bawełnianej, wyższą gramaturę musiałam wziąć na plecy i mankiety, bo okazało się, że nie wytnę wszystkiego z jednego kuponu.

Jak dla mnie ujdzie.




Mam w tej bluzce optycznie ogromny biust, który w praktyce jest o wiele mniejszy. Optyka czyni cuda :)



Musiałam sobie zapozować, bo bluzka na wieszaku nie wygląda, a manekina jeszcze się nie dorobiłam ;) Marzy mi się taki metalowy, oj, marzy <3

no, nie wygląda, co? Lepiej na człowieku :)
No, a teraz trzeba sobie jakiś designerski wisior do niej zapodać, i będzie już fajnie :)

poniedziałek, 24 listopada 2014

Moje szycie - Poje flagi II

Post o pojach flagach wykonanych jako pierwsze nie istnieje, bo zostały uszyje na czuja, pomachałam nimi przez chwilę, pożyczyłam znajomej i ta zniszczyła je w niebywale bezczelny sposób. Poszły do śmieci.

Przez jakiś czas kminiliśmy z kolegą, jak też można by wykonać trójkątne flagi w sposób pośredni między tymi dostępnymi w sklepach a tymi opisywanymi do uszycia na filmach YT. Nie wszystkie pokazane tam sposoby są funkcjonalne na dłuższa metę czy dają sprzęt dobrej jakości. Wstążki do poi szyte na materiale podszewkowym strasznie się rwą, co w jakiś sposób wiąże się z wytrzymałością materiału. Zdewastowane poprzednie flagi pokazały mi kilka słabych punktów poprzedniego wykonania, więc tym razem poszłam w całkowicie inną stronę i choć szyłam tez na czuja, prezentują się całkiem nieźle, crash-test zaliczyły i kilka pierwszych uderzeń też, więc teraz tylko czekam na oznaki pierwszego zużycia żeby wiedzieć, co pójdzie do poprawy.

Mają coś z 45 cm długości od rączki, rączka standardowo wykonana ze starej smyczy - kto by bulił 15 zł minimum za łapkę, jak można mieć swoją wygodną i dopieszczoną - zresztą, recycling gdzieś mi tam w duszy ciągle gra, więc przerabianie starych uszkodzonych rzeczy pozostaje moją ogromną słabością. 







Machałam nimi podczas otwartego treningu naszej grupy ogniowej na otwarciu nowej siedziby WOK w kompleksie Stara Kopalnia 9 listopada i egzamin zdały jak marzenie, są bardzo pokazowe i bardzo się cieszę, że udało mi się je tak fajnie wykonać. Jedyny problem jaki do tej pory zauważyłam ja, mąż mój i nowy właściciel Ł. to fakt, że odważnik strasznie ciągnie jak się nim uderzyć. Wprawdzie osobiście nie uderzyłam się na tyle mocno, żeby mi został bolesny ślad, chciaż siniak utrzymywał się dość długo; Ł. uderzył się w głowę i została mu niezła gula; nie widziałam, w co też uderzył się mąż, bo dorwał się do nich w czasie, kiedy gorączkowo szykowałam się do wyjścia - stwierdził natomiast, że bez ochraniaczy "w wiadome miejsce" nie ruszy ich więcej. Tak więc pozostaje mi żałować mężczyzn machających i poszukać jakiegoś sposobu na rozłożenie wagi odważnika.

środa, 19 listopada 2014

Moje szycie - Wałbrzyska edycja akcji "Uszyj jasia"

Kiedy półtora roku temu próbowałam zorganizować tę akcję - odbiłam się od kilkorga drzwi i dałam sobie na wstrzymanie. Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy w czwartek wracałam do domu, a na przystanku dziewczyna wieszała plakat... właśnie jasiowej akcji. Kto nie zna akcji, zapraszam na Jaśkowego bloga i gorąco zachęcam do przyłączenia się do akcji.



Piękny plakacik formatu ogromnego, się ucieszyłam jak małe dziecko, szczególnie, kiedy znaczyłam kilka znanych logo na plakacie, między innymi Pasmanterię Róża, w której się zaopatruję w pierdółki wszelkiej maści, druty, włóczki, cuda. Jednak pomimo mojego zacieszu - akcja wg plakatu została zaplanowana na najbliższy weekend, wracałam do domu ekspresem szykować wszystko na poniedziałek, załatwić Młodemu opiekę, załatwić część spraw męża i hajda grzebać w szafie za szmatami, zaplanować z góry obiad na dwa dni, bo i tak miałam napięty ten weekend, ale stwierdziłam, że nie zostawię ludzi od tak, pójdę, poszyję, posiedzę, kilka godzin się znajdzie - w końcu do jednej poszewki to nie opłaca się maszyny odpalać ;)

Przegrzebałam się przez szafę, kosze, zakamarki i znalazłam całą stertę niewymiarowych poszew na kołdry z grubej bawełny, kupony materiałów, jakieś resztki, jakieś cuda... Wzięłam to, co na pewno było bawełną i zasuwałam do 1:00 w nocy z krojeniem tego cuda. Biorąc pod uwagę, że poprzedniego dnia poszłam spać o 3:00 rano i wstałam skoro świt, bo musiałam się przed 8:00 rano znaleźć na drugim końcu miasta - raczej kroiłam z oczami na zapałki na całkowitym autopilocie, tylko co chwilę zerkałam na rozpiskę rozmiarów, bo było ich do wyboru aż 7.

Całą imprezę organizowała Katarzyna Piotrowska ze Zjawiskowej Manufaktury: TU można sobie obejrzeć ( i oczywiście zalajkować) profil na fejsie, a TUTAJ można sobie obejrzeć bloga. Siedziałyśmy do późna z konsultacją deficytowych wielkości, więc kroiłam ile mogłam pod te największe rozmiary.



mój majdan z rozpisanymi wielkościami poszewek

Ci, co czytują mojego bloga wiedzą, że mam hopla na punkcie szycia czy wykonywania przedmiotów z możliwie najmniejszej ilości elementów. Ty razem poszłam w tym samym kierunku, krojąc pasy materiałów, żeby złożyć poszewkę z jednego kawałka. Miałam ograniczoną wielkość stołu do wykorzystania, więc jakoś się upchnęłam na miejscu, wyciągnęłam swój sprzęt i odeszłam od stanowiska po jakichś pięciu godzinach :) Wpadłam w taki amok, że mama moja podchodziła z synem w wózku trzy razy, a ja zauważyłam ich dopiero w momencie, kiedy puściła mi sygnał na komórkę. Jak się okazało, fotodziennikarz z portalu walbrzyszek.com obfocił mnie jak dziką, a ja nie wiedziałam nawet, że wokół mnie krążył. TUTAJ można sobie przejrzeć fotorelację z akcji.

Tak to mniej więcej wyglądało:

fot. Katarzyna Piotrowska
Zjawiskowa Manufaktura
fot. walbrzyszek.com
fot. walbrzyszek.com

fot. walbrzyszek.com

Kornelka z plakatem - dowód rzeczowy
na udział w akcji ;)
A oto niezastąpiona Kasia :)


Ludzie przychodzili całymi rodzinami, wiele osób po raz pierwszy w życiu siedziało przy maszynie, działo się, działo, czasami był taki młyn, że dziewczyny nie nadążały materiałów ciąć i ludziom pomagać.

Tylko raz wiedziałam, że jest mi robione zdjęcie - o to - i oczywiście zamiast sobie pięknie zapozować to się speszyłam i schyliłam głowę. Na całej reszcie zdjęć mam minę marsową, jakbym chciała te poszewki zamordować na miejscu... W domu mąż mi powiedział, że zawsze, kiedy jestem skupiona mam taką minę O.o

fot. Katarzyna Piotrowska
Zjawiskowa Manufaktura
Jakby ktoś jeszcze chciał uszyć jasia i wysłać do któregoś z Domów Dziecka w Wałbrzychu czy do Szpitala Dziecięcego - serdecznie namawiam do współpracy! Akcja Wałbrzyska kończy się w Mikołajki, 6 grudnia, do tego czasu można się kontaktować z Kasią i przekazywać jej poszewki.

Rozpiska rozmiarów znajduje się na stronie uszyjjasia.blogspot.com w zakładce AKTUALNIE SZYJEMY, Wałbrzych jest na 10 miejscu. Od razu napiszę, że najbardziej poszukujemy podusi w rozmiarach 80x80 cm i 70x70 cm.

Buziole dla wszystkich szyjących.

[edit:]

Jednak jest zdjęcie, na którym nie mam marsowej miny :

źródło: Projekt Milo (link w zdjęciu)
A oto aktualna jasiowa statystyka dla Wałbrzycha:

Szpital Dziecięcy: 
40x40 na 5 szt - jest całość;
65x50 na 25 szt - jest całość, a nawet więcej 32 szt ;
70x80 na 30 szt - jest 12 szt;
70x40 na 20 szt - jest całość, a nawet więcej 26 szt;
70x70 na 30 szt - jest 8 szt;
80x80 na 100 szt - jest 35 szt;

Dom Dziecka "Rodzinka" 
70x80 na 30 szt - jest 4 szt;
Dom Dziecka nr 2 wraz z Policyjną Izbą Dziecka 
45x45 na 70 szt - jest 52 szt;
Dom Małego Dziecka
40x40 na 30 szt - jest całość, a nawet więcej 49 szt.

Podczas trwania akcji zgłosiła się pani dyrektor dwóch nowo powstałych Domów Dziecka i tam potrzeba poszewek o rozmiarze 70x80 - 28 szt.




Jeżeli ktoś chce uszyć jasia na naszą akcję - zapraszam :)
Kasia czeka do Mikołajek :)

sobota, 14 czerwca 2014

Moje szycie - Pierwsza lala

Odczuwam nieco zabobonne niezdecydowanie w momencie, kiedy mam siadać do szycia lalek. Jakoś tak... odnoszę wrażenie, że powołuję wtedy kogoś do życia - nie "coś" tylko "kogoś" właśnie, i dlatego do lalek muszę mieć wenę, pomysł i co najmniej dwa dni czasu. Jako całościowa istota, o lalę też trzeba dbać :)

Oto moja pierwsza tildowa lala. W planach mam jeszcze szmaciankę, wykroje już znalazłam, jeszcze tylko muszę zdecydować, jak dokładnie ma ona wyglądać - i do boju :)


Sama lalka wykonana jest z jasnego, surowego, niebielonego lnu i wpasowuje się w typ Tilda (jak pamiętacie zeszłorocznego tildowego królika, to jest to ten sam styl robienia maskotek).
Lekka biała sukienka z lejącego się materiału, wykańczana bawełnianą koronką i satynową kokardą, buciki satynowe stylizowane na baleriny, włoski z nici bawełnianych, wybierane przez mojego syna, we włosach owych wstążka satynowa. Lala, gdyby nie kolor włosów, byłaby klasyczną Elizabeth Bennet :)








Miałam nieco zawalony maj, ale szyłam dużo, tylko czasu nie było zdjęć robić i na net wrzucać, ale obiecuję się poprawić :)

piątek, 13 czerwca 2014

Moje szycie - Wstążkowo-pojkowy wysyp IV


Jak pisałam wcześniej, nie bardzo miałam czas na pisanie z tej prostej przyczyny, że zawaliła mnie robota + dziecko + kilka innych rzeczy. W rezultacie część zrobionych przeze mnie rzeczy poszła do ludzi bez zdjęć, a część została sfotografowana tak na szybko, że aż boli i wstyd takie zdjęcia publikować.

Dzisiaj pokażę wstążki na pojki uszyte na pokaz 8 czerwca. Czternaście sztuk, czyli siedem par. Przeprawy były z nimi nieziemskie... Najpierw ogłosiłam, że będę je szyć na ten pokaz, żeby mi ludzie przynieśli kasę na materiały (zatrzymałam się na samych kosztach, więc wyszły jakieś groszowe sprawy w porównaniu z tymi sklepowymi) - no i po półtora miesiącu okazało się, że pieniądze przyniosły mi cztery osoby. W międzyczasie udało mi się zahaczyć na zlecenie szycia woreczków na podziękowanie dla gości weselnych, sztuk kilkadziesiąt, więc jak nie kroiłam materiału to zaprasowywałam pojki. Nie siadłam nawet jeszcze dobrze do ich szycia, kiedy reszta osób się obudziła i stwierdziła, że jednak chyba tez mi kasę doniosą (dosłownie dwa dni przed występem) i z czterech par poi zrobiło się siedem.... Do tego moja biedna Zośka, dla której wcześniej "masówka" oznaczała co najwyżej szycie patchworku  nagle zaczęła strajkować przed tak silną eksploatacją - zaczęła stukać, terkotać głośniej niż dotychczas i trząść się cała. Nagrzewała się do temperatury powyżej 30 stopni - w domu upał nieziemski, a Zocha była jeszcze cieplejsza....


Kiedy już udało mi się dziewczynę przekonać do tego, że uszyję i dam jej dzień spokoju... zgubiłam rzep.Ja nie wiem, jak można zgubić metr czarnego rzepu, udana jestem, normalnie bezbłędnie mi się to udało. Godzinę trzepała wszystkie kosze, skrytki, pudełka, szuflady - i nic. Rzepu nie było, nie znalazłam, robotę musiałam rzucić w kąt o 3 rano, wściekła, że już bym miała zrobione, a tu lipa. Kolejnego dnia szybko do sklepu (dzięki bogu, była sobota), po metr tego czarnego ustrojstwa. Dostałam w drugim sklepie... Wprawdzie od tej chwili pojki to już poszły chwila moment, co nie zmienia faktu, że TAKĄ ilość można by genialnie rozłożyć na podłodze, cyknąć kilka urokliwych zdjęć i powiedzieć - tak, ta ilość jest moja, osobiście własnymi ręcami wykonana! ...i obudziłam się ze zrobieniem tego na kwadrans przed wyjściem z domu na pokaz. Mieszkanie moje wygląda jak wygląda, więc pobiegłam na balkon, w czasie gdy mąż ubierał syna do wyjścia. Na balkonie zrobiło się to:






Niestety, pozostałe zdjęcia nie nadają się do publikacji, bo albo nie można im światła skorygować, albo ogólnie zamazane.

Do tego wczoraj podczas zrzucania zdjęć z karty pamięci na komputer okazało się, że karta mi padła i wszystkie zdjęcia zamiast rozszerzenia mają numerek... Na szczęście Total Commander potrafi czasami zdziałać cuda i jakoś te zdjęcia udało się uratować. Karta pamięci poszła do przeformatowania i mam nadzieję, że będzie śmigać jak marzenie.

Na zakończenie dodam, że czerwony materiał zafarbował mi deskę do prasowania i chyba pierwszy wydatek, jakiego będę musiała dokonać po pierwszej "wypłacie" to zakup deski do prasowania i porządnego pokrowca.

Reasumując, mam taką cichą nadzieję, że to tylko chwilowa zła passa, i że minie tak szybko, jak się zaczęła.