Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weganizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weganizm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 listopada 2013

Wege w 30 dni - Odsłona Dziewiąta - O POGLĄDACH I MIODOWYCH MUFFINKACH BALISTYCZNYCH

Dieta - brzmi prosto. Dieta to w takim moim prywatnym ujęciu, bo dietetykiem nie jestem, ogólny trend czy tez nawyk spożywania pokarmów takich a nie innych, w określonych lub nie porach i okolicznościach, indywidualny dla człowieka, rodziny, grupy społecznej bądź narodu. Oczywiście fajnie jest, kiedy pod jednym dachem mieszka sobie grupka ludzi, która jada to samo. Wegetarianie i weganie, ludzie jedzący mięso, fani pizzy, makaronu czy krewetek, nawet z sałatą jest raźniej, kiedy nie jada się jej w domu samemu, a ktoś jeszcze z nami pogryza i tak sobie można chrupać w kilka osób.

Problemy mogą się zacząć, kiedy do fanów pizzy, załóżmy - mięsożernych i krewetkokochających - dosiada się wegetarianin - i nagle może się okazać, że wypłynie tu konflikt, bo niby nalezy do grupy, a jednak nie należy. Jak trafimy na grupę otwartą to jeszcze pół biedy - zawsze znajdzie się jakiś kompromis, jednak jeżeli trafi się go grupy zamkniętej, konformistycznej... wtedy można zostać wyśmianym, a to raczej nie sprzyja zacieśnianiu przyjacielskich więzi.

Zawsze jednak pozostaje ten fakt, że takie osoby z "jednego talerza" jeść nie będą, bo to dodatkowo dzieli ludzi - w sensie symbolicznym i nie tylko. Pamiętam nie raz czytany fragment o tym, jak to na wsi jadło się np. kaszę z jednego talerza (czy raczej michy), w Grecji wg relacji moich znajomych do tej pory gospodarz osobiście nakłada gościowi na talerz to, co uzna za słuszne (a gość zostaje zobowiązany do zjedzenia zaserwowanych mu potraw). Najczęściej też posiłki jada się wspólnie, siada do jednego stołu i z ogólnych naczyń nakłada na indywidualne talerze. Odnoszę wrażenie, że coraz rzadziej spotyka się ten ostatni zwyczaj, bo niestety nasza kultura wymaga pracy w rożnych godzinach i tym samym nie zawsze można razem siąść do stołu, ponadto odchodzi się od zbiorczych, bo to niepotrzebne mycie,a teraz wszystkim zależy na ekonomii czasu/wody/pieniędzy/miejsca (nawet na stole), więc każdemu się nakłada i tyle.

Kiedyś, dawno temu, zorganizowałam sobie życie tak, ze zawsze po powrocie do domu robiłam obiad i z jednym z moich chłopaków siadaliśmy do wspólnego posiłku, zwykle dwudaniowego, a po skończonym obiedzie jeszcze chwilę siedzieliśmy przy stole, piliśmy popołudniową kawę, a potem każde szło robić swoje. To było piękne, takie ciepłe, rodzinne, do tej pory na wspomnienie tamtego lata robi mi się przyjemnie. Niestety, obecnie miejsce obiadowe zajął laptop mój i Męża, i niestety też wpadłam w tę maszynę nakładania wszystkim w kuchni i przynoszenia już gotowych talerzy.

To, co naprawdę moim zdaniem łączy wszystkich ludzi, to jedzenie. Nie oddychanie, nie sen, chociaż jest to punkt wspólny ludzi w ogólności, ale właśnie wspólne jedzenie, posiłek spożywany z innymi członkami rodziny. Najlepszy na to dowód to to, że np. wegetarianie i weganie silnie poszukują grup o podobnych upodobaniach kulinarnych. To chyba największy fenomen ostatnich lat, który rzucił mi się w oczy. Wegetarianie i weganie to grupa społeczna, która często jest atakowana dlatego, ze czegoś NIE JE. Czemu się nie atakuje bezglutenowców? Czy cukrzyków? Czy refluksowców? Czy wątrobowców? Czemu? Chyba dlatego, że to, co jemy decyduje o tym, jakie mamy poglądy. Ludzie jedzący mięso ponoć (podkreślam - PONOĆ) są mniej empatyczni jeżeli chodzi o cierpienie zwierząt, natomiast wegetarianie i weganie wykazują uaktywnienie tych samych części mózgu w przypadku odczuwania współczucia bitemu człowiekowi i bitemu zwierzęciu. I okazało się, że nie wiąże się to z ilością spożywanego białka zwierzęcego czy ilości kwasu foliowego w diecie. Nasze poglądy są wstanie w pewien sposób kreować nasze sposoby odczuwania. Dziwne, prawda?

Dziwne, jak bardzo jedzenie może wpływać na ludzi, kreować ich poglądy na świat, na gospodarkę - bo przecież kiedy chcesz jeść mięso musisz je jakoś pozyskać, więc buduje się hodowle, rzeźnie, masarnie. Kiedy chce się jeść jabłka, sadzi się sady, kupuje maszyny do oprysków i środki szkodnikobujcze. Kiedy chce się jeść miód, stawia się pasiekę i zapewnia pszczołom odpowiednie miejsce do zbioru tych swoich pyłków. To wszystko jest logiczne.

I tak tworzą się pasjonaci mięs, jabłek i miodowych muffinek.

Potem pasjonaci dorzucą ideologię do swojej miłości - czy tez na odwrót - i znajdą sobie antagonistę, wobec którego będą mogli wysuwać argumenty "za" i "przeciw" swoim poglądom. Weganin będzie optował tylko za jedzeniem jabłek, wegetarianin skusi się na muffinkę, a inne osoby skosztują wszystkiego. Oczywiście wyzywać się można w każdą stronę - na "śmieciojada" o mięso, na "hipokrytę wegetarianina" o muffinkę, na "królika żrącego trawsko", że sobie robi krzywdę i innych do tego namawia jedząc tylko jabłka.

Jedzenie nas i łączy, i dzieli jednocześnie.

wtorek, 1 października 2013

Wege w 30 dni - Odsłona ósma - POWIEDZ MI, CO JADASZ, A JA CIĘ SKLASYFIKUJĘ.

Kojarzycie taką jedną głupią reklamę, gdzie panowie z budką burgerów jeżdżą po mieście i trafiają na Piknik Wegetariański, gdzie nienawistnym spojrzeniem obserwują ich sami zfazowani, wychudzeni neohipisi?
Chyba taki jest obecnie stereotyp wegetarianina. Smutne to trochę, że stereotypizacja dotyka wszystkiego co nas otacza.

Żeby jeszcze ta stereotypizacja miała coś wspólnego z faktami... Niestety, wegetarianizm i weganizm silnie łączy się z ruchami ekologicznymi, co nieco zacienia obraz. Zostawmy więc na boku cały ten eko tłok, segregację śmieci, pieluchy wielorazowe i ciągłe inne upcyklingi...

...a skupmy się na podstawie systematyzacji wegetarian i innych, jaką jest jedzenie :) Temat smaczny, wspaniały, rozległy i o dziwo nadal podlegający zaciekłym dyskusjom.

Ile już razy kłóciłam się z ludźmi, że nie zjem rosołu? "Przecież tam nie ma mięsa". No cóż, a z czego wywar zrobiono? "Możesz sobie wydłubać" - aha, a "soczek z trupka" już w potrawę poszedł. "Przecież wegetarianie jedzą ryby, bo ryba nie mięso!" A przepraszam, co? O dziwo, wiele osób żyje w takich przeświadczeniach...

Swoją drogą, gdy jechaliśmy z J. i Potworem na wakacje, w autokarze nad morze J. usłyszał ciekawą rozmowę. Kobieta, lat około 25-27 chwaliła się, że jest wegetarianką, od kilkunastu ładnych lat. Nie, nic jej nie jest oprócz niskiego poziomu żelaza. Ależ tak, ona jest wegetarianką, jada tylko ryby i drób...

STOP.

Mówię STOP. Mam już dość, za przeproszeniem, pierdolenia i biadolenia od rzeczy bab i facetów o tym, że wegetarianie jedzą drób i ryby. A drób to przepraszam co to jest? A ryba? A krab, krewetka, rozgwiazda? I kiedy wkraczamy na ten teren zaczyna się już prawdziwe pierdolenie - bo przecież ryby czy krewetki to "owoce morza". Jasne, z owocem to ma wspólną chyba nazwę, a i tak nie do końca. Zapraszam do podręczników przyrody dla podstawówki czy byle jakiego atlasu - moi kochani, olśnię was: ROZGWIAZDA JEST ZWIERZĘCIEM. Zdziwko? KRAB JEST ZWIERZĘCIEM. Ojej, ślimak też. Nawet RYBA JEST ZWIERZĘCIEM, bo raczej do kręgowców się ją zalicza. Ptaki? Nie wiem, czy coś się zmieniło w ciągu ostatnich kilku lat, ale tak, PTAK TO ZWIERZĘ. Więc, ktokolwiek zjada jakieś wyżej wymienione zwierzę, albo zwierzę w ogólności, chociażby żabę, a mówi o sobie, że jest wegetarianinem - to niestety, śmierdzi od niego hipokrytą na kilometr. Jak kogoś uraziłam to przykro mi, taka prawda. Jedzenie tkanki zwierzęcej - bez względu na to, z jakiego zwierzęcia owa tkanka pochodzi - skreśla daną osobę z bycia wege w jakiejkolwiek postaci. Więc albo jest się wege i się zwierząt kijem przez szmatę nie rusza, albo nie jest się wege i się jest uczciwym względem siebie i tych zwierzaków, które lądują na talerzu. Tak, krewetek też!

Od razu małe sprostowanie: jeżeli w książce kucharskiej macie podział na MIĘSA i RYBY to nie dlatego, że ryby mięsa nie posiadają, a dlatego, że inaczej się je przyrządza - tak samo jak wołowinę, dziczyznę, drób czy też inne części innych zwierząt - inaczej obrabia się żołądki, inaczej żeberka, inaczej wątróbkę. RYBA JEST ZWIERZĘCIEM, więc jej tkanka mięśniowa JEST MIĘSEM.

Ślimak też.

Co za tym idzie - jeżeli ktoś wam mówi, że jest wegetarianinem, bo je tylko drób i ryby - możecie go spokojnie wyśmiać.

Dlaczego?

Dlatego że nie doczytał, nie douczył się czy jest nowomodny i chce zabłysnąć trendem czy oryginalnością, gówno za przeproszeniem wiedząc o temacie.

I bez względu na to, że w Internecie są tłumaczenia, że wegetarianie jedzą czasem ryby czy drób - sorry, Internet jak papier, przyjmie wszystko. Mogę oczywiście wcisnąć tutaj epistołę o tym, że białe jest czarne, czy o tym, że krowa jedząc tylko trawę (na fermach już oczywiście zjada mączkę rybną czy soję, te pomijamy) jest wegetarianką, a więc człowiek jedząc trawę zjedzoną wcześniej przez krowę też jest wege - co oczywiście jest bujdą na resorach - ale papier i Internet przyjmą wszystko!

Więc poniżej jest systematyzacja - kto kogo i co jada:

WEGETARIANIE - NIE JEDZĄ MIĘSA, czyli krów, świnek, dziczyzny, drobiu, ryb, ślimaków, drobnych żyjątek morskich potocznie zwanych owocami morza (małży, rozgwiazd, meduz, ośmiornic, kałamarnic czy czego tam jeszcze się nie wciśnie). Dlaczego? BO TO TKANKA ZWIERZĘCA, której wegetarianie NIE JEDZĄ. Jasne? Jasne jak słońce. O tym, co jedzą piszę ciągle i ciągle na nowo, więc nie ma sensu się powtarzać, zapraszam na puszka.pl i wszystko się wyjaśni - kto co jada i jak jada, i serio, ryb i krewetek tam nie znajdziecie.

WEGANIE - NIE JEDZĄ MIĘSA ORAZ WYDZIELIN ODZWIERZĘCYCH, czyli: wszystko co powyższe plus jajka, mleko, miód (tak, pszczoła to też zwierzę, a ściślej owad, owady to zwierzęta, chyba logiczne).

WITARIANIE - wg moich informacji nie zawsze mogą być weganami, nie jedzą niczego, co zostało przerobione termicznie w temperaturze powyżej 40 stopni Celsjusza. Co do witarian mam sprzeczne informacje, więc zapraszam do poszukania w sieci. Tylko błagam, filtrujcie te informacje.

FRUTARIANIE - jedzą TYLKO OWOCE, surowe, w każdej postaci. Tak, tylko owoce, żadnych warzyw, strączków czy trawy. TYLKO OWOCE.

JAROSZE - NIE JEDZĄ MIĘSA Z WYŁĄCZENIEM RYB i czasami drobiu (tutaj info za Kwiatkowską "Pokochaj wegetarianizm"), czyli mięsa czerwonego - żadnych krów, hamburgerów, świnek i innych kopytnych, co do owoców morza nie wiem, bo termin został ukuty w czasach, kiedy kałamarnice czy małe ośmiorniczki nie były jeszcze u nas dostępne, ale prawdopodobnie jarstwo dopuszcza owoce morza.

Jeżeli ktoś mówi, że nie jada żadnych innych mięs oprócz ryb czy drobiu, wtedy jest JAROSZEM. Ale nie wegetarianinem! Na takie zjawisko jest osobne określenie, więc proszę ich nie mylić, wprowadzić do słownika i przestrzegać - bo różnica między WEGETARIANINEM a JAROSZEM jest OGROMNA!

A na koniec niesmaczna skmina: co z kaszanką czy czerniną, w końcu robi się to z krwi, prawda? A nie tkanki, więc teoretycznie wegetarianie powinni z czystym sumieniem zajadać się kaszanką. Krew w tym przypadku też jest traktowana jako tkanka, podobnie jak w kulinariach pomidor jest warzywem (no przecież, że jagodą!). Nie, wegetarianie, weganie, witarianie ani tym bardziej frutarianie nie jedzą krwi. Jarosze? To chyba ich prawa, a raczej sprawa ich sumienia, ale kaszankę robi się najczęściej ze świńskiej krwi (chyba), czerninę z kaczej, więc tak to się ma do klasyfikacji nie wiem, bo nikt o tym nigdzie się nie wypowiada.

Pozdrawiam zatem wszystkich
nie-jedzących-drobiu-ani-ryb-ani-innych-tkanek-zwierzęcych wegetarian
w dniu naszego wspaniałego święta :)


poniedziałek, 27 maja 2013

Moje kwiaty - ogród na parapecie

Dziś krótko i treściwie: po co mam płacić 1,50zł do 3 zł za pęczek szczypiorku, kiedy mogę mieć swoje, świeże i za darmo? Kilka starych plastikowych opakowań po pieczarkach czy innej marchewce z Biedry, pościnane, postawione na parapecie, z odpowiednią zawartością - i mamy ogródek :)


Ponieważ mieszkam na 9 piętrze, na wygizdowie jakich mało, w skrzynkach balkonowych trzymam miętę. Przydaje się :)

mięta czekoladowa, dostaliśmy ją na Festiwalu Kwiatów w Zamku Książ;
nie wiem, co ma w sobie czekoladowego oprócz koloru,
ale J. się uparł, to dostał, a ja chodzę i podlewam

no, mój mały balkonowy ogródek

w drugiej skrzynce mięta pieprzowa i inne,
jakieś ptaki ją objadają, muszę wyłapać, które :/


środa, 22 maja 2013

Wege w 30 dni - Odsłona siódma - O TOLERANCJI

Na potrzeby dzisiejszych rozważań zaczniemy od cytatu. Tak, cytaty są ważne, łapanie się za słówka, przerzucanie argumentami... Dziś będzie o sporach, niesnaskach i przepychankach, krzywych uśmieszkach i wytykaniu palcami, dziś będzie o:
Tolerancja - (wg ciotecki Wikipedii) - (łac. tolerantia – „cierpliwa wytrwałość”; od łac. czasownika tolerare – „wytrzymywać”, „znosić”, „przecierpieć”) – termin stosowany wsocjologii, badaniach nad kulturą i religią. W sensie najbardziej ogólnym oznacza on postawę wykluczającą dyskryminację ludzi, których sposób postępowania oraz przynależność do danej grupy społecznej może podlegać dezaprobacie przez innych pozostających w większości społeczeństwa. W okresie reformacji pojęcie to było stosowane w odniesieniu do mniejszości religijnych. Obecnie termin ten obejmuje również tolerancję różnychorientacji seksualnych oraz odmiennych światopoglądów. (Żródło TU).
Brzmi pięknie, nieprawdaż? Na chłopski rozum biorąc całość, kiedyś "tolerowało się" tylko szeroko pojętych innowierców, czyli nie-katolików, innymi słowy: grupa oszołomów oddaje cześć Ogromnej Cebuli, idą w demonstracji przez całe miasto na plantację w/w warzywa, na co wszyscy reagują anielskim spokojem, brak słów pogardy, pokazywania sobie wyznawców Reformy Ogromnej Cebuli, wzywania policji czy ataku Młodzieży Wszechpolskiej. Ot, Katolicy mają Boże Ciało, Wyznawcy Cebuli idą oddać cześć na plantację. Logiczne dla każdego.
Problem zaczyna się w momencie, kiedy chęć identyfikacji z grupą jest tak silna, że anielski spokój zostaje odrzucony gdzieś na dalszy plan, schowany do kieszeni, stereotypy i uprzedzenia, zmiksowany z tym wszystkim konformizm tworzą niebezpieczny koktajl  którego skutki często wywołują zgagę bądź odbijają się bolesną czkawką w (chyba) nieskończoność. Mówię tutaj o takich zjawiskach, na które już często nie zwracamy uwagi z racji ich powszechności - "Zakaz pedałowania" chociażby, i przekreślona para gejów oprawiająca sex "na pieska". Katolicy za wszelką cenę starający się udowodnić, że tylko ich wiara jest jedyną słuszną. Świadkowie Jehowy, próbujący przekonać wszystkich do tego samego. Muzułmanie, którzy też uważają, że tylko Allah jest wielki, oraz wyznawcy Reformy Wielkiej Cebuli uznający na przystawkę tylko francuską cebulową, z grzaneczkami. Wegetarianie uważający, że jedzenie mięsa jest "złem", weganie uważający, że wszystko, co nie jest wegańskie należny zwalczyć, łącznie z kosmetykami, środkami czystości i butami ze skóry ekologicznej klejonymi klejami na bazie składników odzwierzęcych, zaraz obok ludzi jedzących mięso, uważających się za wszystkożerców(*) wyznających zdrową różnorodność i freeganie, jedzący tylko resztki ze śmietników. Nie bez powodu postawiłam wszystkich w jednej linii. Tutaj tematyka tolerancji wchodzi na teren upodobań kulinarnych, sposobu odżywiania, a co za tym idzie stylu życia. W każdej z tych grup znajdują się skrajni radykałowie, którzy są w stanie obrzucić błotem tych, co nie uznają ich racji. Właśnie o takich radykałach będziecie mogli poczytać sobie dalej, więc jeżeli kogoś już teraz odrzuciło - lojalnie uprzedzam, by nie czytał dalej.

(*) Termin pożyczyłam od Michella Pollana z pozycji W obronie jedzenia. Manifest wszystkożerców, jako określenie jak najbardziej, moim zdaniem, neutralne


wtorek, 23 kwietnia 2013

Zostań wege w 30 dni - Odsłona szósta - MLEKO!?

Mleko mamy do wyboru wszelkiego rodzaju - przede wszystkim jednak krowie. Oczywiście terror laktacyjny, o którym z niebywałem humorem można poczytać sobie tutaj, a w nieco szerszym świetle obejrzeć tutaj - z biegiem czasu wydaje mi się jakąś szeroko zakrojona kpiną z kobiety, dziecka i NFZ. Kto stoi na czele? Producenci mleka modyfikowanego (MM) czy przemysł mleczarski? Może WHO? Osobiście już się pogubiłam.
Jadąc do szpitala - i przez całą ciążę - byłam nastawiona na karmienie piersią - tylko piersią i niczym więcej, żadnych sztucznych mieszanek, smoczków czy polepszaczy, naczytałam się właśnie tych tekstów, że wszystkie matki mają wartościowy pokarm i wszystkie matki są w stanie wykarmić swoje dzieci.
Otóż ogłaszam wszem i wobec, że NIE WSZYTSKIE matki, choćby nie wiem, jak wspaniałe herbatki piły i choćby nie wiem, jak się starały, jak by nie przystawiały dziecia do piersi - wykarmić nie mogą. Mnie terror laktacyjny sięgnąl w drugą stronę - nie płakałam, że muszę karmić, a nie chcę, tylko że chce karmić, a dziecko ciągle głodne, ciągle niedojedzone, po półtorej godzinie przy piersi w piersi nic, a dziecko głodne. I dawanie butelki ze łzami w oczach, ze świadomością, że robię dziecku krzywdę, to przecież pierwsze pół roku karmienia piersią jest najważniejsze.
Poszalałam, wypłakałam się, stwierdziłąm, że w rezultacie mam to w dupie, skoro młody jest najedzony, to niech wcina tę butlę, co mnie to. I tak sobie żyjemy, on na wieczór i noc butlę, cyca nad ranem i w dzień, on zadowolony, ja zadowolona, jakieś mleko leci, Młody wcina - wszyscy szczęśliwi.
WHO przeciez nawet zaleca, żeby karmić dziecia do drugiero roku życia, chodzi przecież o przeciwciała, które dziecko z mlekiem dostaje i które zapewniają mu dodatkową ochronę.
WHO wie...
Podczas ostatniej wizyty w Szpitalu Ginekologicznym na niechlubnym pobieraniu próbki na cytologię, kiedy musiałam się wyspowiadać z reguralności miesiączek i ich jakości chlapnęłam, że jeszcze karmię. Na co położna do mnie ze zdziwieniem, że skoro poród był rok temu, to dziecko juz nie potrzebuje mleka, bo tylko maluszki powinny mleczko pić, a większe dzieci, które jedzą juz stałe pokarmy.... Spojrzałam na nią i wyparowałam: "A czym mam go karmić? Krowim? Przecież to nie cielak!" Położna tylko się zaśmiała, a ja nie drążyłam tematu.
No tak, przecież zaraz po urodzeniu dziecka wszystkie panie MUSZĄ karmić piersią, a jak jakaś nie chcę, to położne potrafią dostać od neonatologa zakaz dokarmiania noworodka. Nie powiem, żeby to było normalne...
Ale karmienie piersia dziecka, które skończyło rok już jest traktowane jako nienormalne. Dlaczego? Przecież MM jest dostępne dla dzieci nawet do 3 roku życia. W czym mleko modyfikowane jest lepsze od mojego? Zawsze wydawało mi się, że MM zostało stworzone żeby WSPOMAGAĆ, a nie ZASTĘPOWAĆ karmienie naturalne. Więc dlaczego NFZ, gdzie terror laktacyjny ma się świetnie, kwitnie i w ogóle ma swoje korzenie - wyśmiewa kobiety karmiące w czasie określonym przez WHO? Czyżby NFZ wiedział coś, czego WHO nie wie? A może NFZ wie lepiej? Bo dziecko, które już wcina stałe pokarmy moze być traktowane na równi z dorosłymi....
Ach, przepraszam, nie może. Bo przecież bez MLEKA w kawie, MLEKA w cieście, MLEKA w proszku dodawanego do WSZYSTKIEGO łącznie z prażynkami paprykowymi nie mozna żyć. Jeszcze pół biedy, gdyby to było mleko dostosowane dla człowieka, czyli ludzkie bądź modyfikowane, ale nie - mówimy o mleku KROWIM.
Więc, jak powinnam karmić dziecko?
1. Do pół roku cycem, potem do 3 roku życia modyfikowanym, a potem krowim?
2. Do drugiero roku życia cycem, potem jest blada dziura, a potem krowim?
3. Do oporu cycem, a potem niczym, bo krowie mleko jest dla nasz w większości szkodliwe, a 80% ludności Ziemi ma na nie uczulenie bądź po prostu nie trawi laktozy?
Więc - powinnam być nowomodna, prozdrowotna czy eko-pieprznięta?
Każdy ma oczywiście prawo wybrac, czy dać noworodkowi cyca bądź butlę, ale bądźmy ze sobą szczerzy - skoro i tak większość podświadomie uznaje mleko krowie za wartościowsze od ludzkiego, to czemu nie dawać dziecku od urodzenia krowiego? Alergie, powiecie... Więc... skoro mleko krowie dla dziecka jest szkodliwe, to czemu jako dorośli już dobrowolnie je jemy? Bo organizm ma większe pole adaptacyjne i lepiej sobie radzi z podtruwającymi właściwościami mleka krowiego? Coś mi tu zalatuje hipokryzją.
Więc moje bez-krowio-mleczne dziecko i ja jemy cycowe, dodajemy modyfikowane, a mama nie wcina mleka i jego przetworów. I żyje nam się dobrze.


czwartek, 21 marca 2013

Wege w 30 dni - Odsłona piąta - WEŹ PIGUŁKĘ!

Za oknem śniezyca - piękny początek tegorocznej wiosny. Cała zimę udało mi się przetrwać bez jakichkolwiek kłopotów - ot, jakies lekko drapiące gardło czy inne delikatne osłabienie, które mijało po wypiciu wieczorem herbaty w uderzającą dawką soku z cytryny.
Aż do zeszłej soboty, kiedy to wróciłam od rodziny mojego męża-nie-męża. Najpierw gorączka 39-40 stopni, zamontowanie w łóżko na stałe na cały dzień, następnie ubieranie się na bałwanka nawet w domu przez kolejny tydzień. Gdyby nie to, że wczoraj byłam u mojej chorej mamy - dziś pewnie czułabym się lepiej.
W niedzielę, kiedy gorączka mi przeszła - nic nie chciało pomóc pozbyć się bólu gardła. Mąż chciał mnie nafaszerować Teraflu, babka męża Rutinoscorbinem, ktoś tam inny Scorbolamidem... Jak zerknęłam do naszych pudełek z medykamentami okazało się, że mamy jeszcze pełno Aspiryny, kwasu foliowego, jakieś witaminy, których nikt nie łyka... Nornalnie aż mnie zmroziło. Okazało się, że posiadamy w domu wszystkie rodzaje  specyfików dostępnych na rynku, z jakimś zapomnianym antybiotykiem włącznie.
Nafaszerowałam się jakąś dodatkową porcją witamin, zapiłam imbirem z cytryną, dowaliłam pomarańczą, zagryzłam zupą ogniście cebulową i po gorącym prysznicu, nasmarowana spirytusem z zamiarem wygrzania się, zapakowałam wieczorem do łóżka.
Jednak dalej kołacze mi się po głowie tekst: "Źle się czujesz? B., proszę przynieść Korneli Rutinoscorbin". Żle się czujesz? Weź pigułkę. Pigułka dobra na wszystko. Pigułka na stawy, pigułka na trawienie, pigułka na kaca, pigułka na potencję, pigułka pomagająca pozbyć się skutków ubocznych innych pigułek.... Czasami zastanawiam się, dlaczego ludzie nie faszerują się herbatą z pokrzywy z takim samym natężeniem jak suplementami diety. Złapałam się ostatnio na tym, że nie żal mi wydać 3 zł na czekoladę, ale tych samych pieniędzy na owoe już bym nie wydała - a przecież i to, i to cukier, i trochę tłuszczu - no, może owoce mają jeszcze błonnik w bonusie. Ale źle się czujesz? Weź pigułkę.
Dzisiejszy wpis będzie raczej krótki, bo mam zamiar wcześniej iść spać - i oczywiście bez lekarza w poniedziałek zapewne się nie obejdzie. Idę jednak spać z tą świadomością, że nie nadużywam farmakologii. Moja biedna mama już drugi tydzień łyka źle dobrany antybiotyk, po którym bardzo źle się czuje, a który jej nie pomaga. Nie mówię, że leki są złe - jeżeli mówimy o chorobach uważam, że czasami trzeba po antybiotyk sięgnąć. Nie uważam jednak, że zostawianie lekką ręką 20, 30, czy choćby 10 zł w aptece było czymś lepszym od zostawienia tej samej kwoty w zieleniaku za owoce. Osobiście o niebo lepiej czułam się po herbacie z imbiru zakropionej cytryną niż po trzech dawkach Teraflu.
Jaki stąd wniosek? Tym razem zostawię to Wam, bo każdy z nas ma wybór - czy łyknie Cerutin, czy dorzuci sobie plasterek cytryny do herbaty (lub: zje jakiś świeży owoc, zaparzy hebraty z owoców dzikiej róży, zje kilka liści jakiejkolwiek rośliny o zielonych liściach: sałaty, kapusty pekińskiej, surowego szpinaku.... czy chociażby dwie łyżki rzeżuchy).
Dalej chcesz brać pigułkę?





[22-03-2013 20:43]
Edytowałam, bo do takich błędów stylistycznych i nie tylko aż wstyd się przyznawać....

środa, 27 lutego 2013

Wege w 30 dni - Odsłona czwarta - BO JAK TY WŁAŚCIWIE JESZ?

Dziś nie będzie anegdoty związanej z jedzeniem, zakupami czy ideologią wegan czy wege. Dziś będzie o tym, dlaczego każda kuchnia się od siebie różni. I z jakich powodów.
Oczywiście nie wnikam w kuchnie, gdzie każdy obiad musi być z mięsem na talerzu - w takich kompleksach zawsze na pierwszym miejscu znajduje się nóż i tłuczek, zaraz obok monstrualnej wielkości deski, na której się owe kotlety układa przed ubiciem. Ja nigdy nie kupiłam tłuczka do mięsa, a moja mama swój oddała szynszylom na pożarcie - jako ciekawostkę dodam, że zaczęły od rączki, trzonek rozgryzły do połowy i zostawiły.
Może z tego powodu w mojej kuchni mało kto jest w stanie się połapać. Brakuje takich standardów, do których przywykliśmy jedząc mięso i już zostaje u nas takie pojęcie, że kuchnia bez tłuczka jest niekompletna...
Podobna sytuacja miała miejsce ,kiedy powiedziałam koledze, że rzucam palenie... a razem z paleniem picie kawy. Spojrzał na mnie jak na monstrum. To było jeszcze w momencie, kiedy nie wierzyłam, że kofeina może powodować uzależnienie. Jednak kiedy po trzech dniach bez codziennego kubka kofeiny zaczęłam nagle usypiać na stojąco, trzęsły mi się ręce i chodziłam spocona jak szczur wiedziałam, że jednak zrobiłam dobrze, próbując się od kawy odzwyczaić. Udało się. Z papierosami również. Po dwóch latach od rzucenia zapaliłam dwa i połowę każdego wyrzuciłam - tak mi nie smakowały.
Więc dlaczego moja kuchnia różni się od takiej standardowej? Dalej mam w szafce kawę dla męża, jajka dla męża i dziecka, mleko do kawy dla gości, ba - nawet czarną herbatę -
ale z drugiej strony szafki cały arsenał pestek, strączków i przypraw. Takie cuda jak fasolka Adzuki czy ciecierzyca są u mnie stosunkowo od niedawna, jako urozmaicenie, bo każdy czasem chce spróbować czegoś egzotycznego.

Ale co ja takiego jem na codzień? Na zmianę naleśniki i pierogi? I już nawet nie to, bo przecież przeszłam na wegański sposób odżywiania. Więc co? Ziemniaki i surówka? A ziemniaki takie... suche? Bez sosu? Bez tłuszczyku?

O ironio, powinnam spytać w tym momencie, kto tutaj jest bardziej ograniczony - ja, która McDonalds i KCF omija szerokim łukiem czy człowiek, dla którego obiad to standardowe 2+1, czyli ziemniaki z surówką i CZYMŚ mięsnym? Nie chce nikogo obrażać, ale często mnie takie pytania dziwią... Co ja takiego jem... a co takiego jedzą inni ludzie? Nie spotkałam jeszcze nikogo, kto byłby na diecie składającej się tylko z chleba, nabiału i mięsa (no, może wyłączając przebywających na niesławnej diecie Dukana).
Jem dokładnie to samo, co inni ludzie.
JEDZENIE.

Wróćmy na chwilę do tematu uzależnień, bo to interesujące zjawisko. Większość z nas uważa, że uzależniające są tylko używki: alkohol, narkotyki, papierosy - koniec. Kawa, mięso, nabiał, czekolada, biały cukier nie mogą cię uzależnić. Dlaczego? Bo są jedzeniem...
Podkreślmy jeszcze raz: ponieważ klasyfikujemy coś jako zdatne do spożycia, posiadające wartości odżywcze, jest a priori traktowane jako nieuzależniające. Ironia...
Dwieście lat temu kawa była uważana za narkotyk i podawano ją w maleńkich filiżankach, niewiele większych od tych do espresso. Co zatem się zmieniło? Chyba klasyfikacja, prawda?
A gdyby tak papierosy miały mieć działanie lecznicze? W latach 50 zeszłego stulecia lekarze rekomendowali palenie papierosów, a rzeczywistość nieco ich zweryfikowała. Co więc wpływa na to, że dany produkt jest uzależniający, a inny nie jest?
Dlaczego u tak wielu osób sama myśl o odstawieniu mięsa wywołuje dokładnie taką samą reakcję jak myśl palacza o konieczności odstawienia palenia? "Palę bo lubię" "Jem bo smakuje" "Bez palenia jestem nerwowy" "Bez mięsa nie będę miał siły".
I teraz ciekawostka: wegetarianie czytając powyższe przytakną, a ludzie na diecie tradycyjnej obrzucą błotem. Chociaż system jest dokładnie taki sam jak w przypadku uzależnienia od papierosów: "Ja nie jestem uzależniony!" "To rzuć" "A po co?".
:)

Więc jeszcze raz: Jak ja właściwie jem? Normalnie, po prostu w typowej książce kucharskiej omijam działy mięsne albo nie dodaję mięsa do dań, w których nie jest ono konieczne, np. w spagetti czy gulaszu albo zapiekance. Można? Można.



Pod spodem przepis na wspaniały gulasz z fasolki szparagowej. Danie jednogarnkowe - czyli robi się szybko, czysto i niskim nakładem pracy. Smacznego!


poniedziałek, 28 stycznia 2013

Wege w 30 dni - odsłona trzecia - POZNAJ SWOJEGO WROGA

Tym razem mała retrospekcja... A nawet dwie, te same osoby dyskutujące ze sobą na temat wpływu jednostki i jej wyborów na podaż rynkową...
Retrospekcja pierwsza to rozmowa, a raczej szybka wymiana zdań przeprowadzona w październiku czy listopadzie zeszłego roku, która wywiązała się a propos ogłoszenia w mediach wytworzenia mięsa drogą laboratoryjną, w probówce.
Kobieta: ... widzisz, ja takich rzeczy nie jadam, więc mnie nie dotyczy, czy trafi takie mięso do hamburgera czy też nie.
Mężczyzna: Jasne. Te twoje wszystkie warzywka są pryskane, same pestycydy i GMO, a JA jestem za uprawą ekologiczną!
Kobieta: A ty myślisz, że co te zwierzęta jedzą? GMO. Nawet więcej, niż ci się wydaje, a potem TY to jesz z ich mięsem.
Mężczyzna poszarzał na twarzy, ale szybko musieliśmy skończyć temat, czekały inne sprawy do omówienia.
Druga rozmowa odbyła się w autobusie komunikacji miejskiej, spotkaliśmy się przez przypadek.
Mężczyzna: To o co chodzi z tym całym wegetarianizmem?
Kobieta: W sensie ideologicznym i pro-ekologicznym - wege nie jedzą mięsa, nie napędzają sprzedaży...
Mężczyzna: ?
Kobieta: Skoro jeden człowiek rocznie zjada koło 60 różnych zwierząt, to ja oszczędzę życie tych zwierząt, które są niby na mnie przypisane, że niby je zjadłam. Nie urodzą się, nie zostaną zarżnięte...
Mężczyzna: Ale to jest bez sensu, bo i tak będą zabite i tak, i tak ktoś je zje... Sama świata nie zawojujesz.
Kobieta: Ja sama nie. Ale trzydzieści tysięcy takich jak ja już tak. Popyt rodzi podaż.

Kiedy zaczynając być wege nie myślałam o tym, że ten kotlet na talerzu to czyjeś smutne życie, zaprawione krwią i dzienną dawką kopniaków, bolesne i zakończone horrorem rzezi. Patrząc na talerz nikogo to nie obchodzi. Może dlatego, że mięso jest tak strasznie zobojętniałe, niepodobne do niczego. Jakaś tam świadomość wiążąca się z nazwą jeszcze kiedyś naprowadzi na myśl o zwierzęciu, z którego ten kawałek mięśni pochodzi, ale w większości przypadków nie przypomina ono niczego - zupełnie jak mus jabłkowy paczkowany w woreczki, żeby dzieci jadły coś "zdrowego" w szkole zamiast chipsów czy chrupek. Patrząc na sałatkę nie widzi się poszczególnych warzyw, gdzieś się one gubią przy bardzo drobnym posiekaniu - tak jak kiedyś w określonej jako jarzynowa znalazłam maleńkie kawałki szynki - podobnie mięso na talerzu gubi w sobie to całe okrucieństwo, które się z nim wiąże. Człowiekowi można wcisnąć wszystko, bo czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
Tylko kogo nie żal?
Zastanawiałam się kiedyś, jakby to było, gdyby ta cielęcinka czy inna kura okazała się być mogą sąsiada zna przeciwka, który postanowił poddać się eutanazji dla dobra narodu, a żeby nic się nie zmarnowało - narządy do przeszczepu, a mięso na ruszt. Ciało z ciała, krew z krwi. W końcu różnicy nie ma - trochę mięśni, ścięgien, jakiś tłuszcz. W końcu nikt z nas nie bywa w rzeźni, nie ogłusza zwierząt własnoręcznie, nie podrzyna im gardła, nie spuszcza krwi na kaszankę, nie odziera ze skóry, nie patroszy, nie ćwiartuje... Równie dobrze możemy jeść innych ludzi. Wielkiej różnicy tak jakby nie ma - taka krowa przez całe swoje smutne życie jest zmuszana do jedzenia, bita, zaniedbana, w końcu zabita. Tym, co przeznaczono na jej  karmę (która stawała pewnie w gardle ością przez całą tę gehennę zwaną potocznie "produkcją mięsa") można by wyżywić niejedno dziecko u nas w Polsce. Nie w Afryce - głód w Afryce na Polaka jest tak samo abstrakcyjny jak hormony podawane kurom czy mielenie resztek na słoiczki dla dzieci. Przyjęło się, że jesteśmy krajem nieco wyżej rozwiniętym, więc u nas problemu głodu nie ma.
Dla mnie nie ma różnicy między nogą pana Piotra zna przeciwka a nogą świni, zmieloną, usmażoną i wciśniętą w bułkę.
Gdyby był popyt na ludzkie nogi, zapewne zalazłyby się one najpierw na stołach bogaczy, jako produkt niewiadomego na początku pochodzenia, ale stanowiący o statusie i drogi. Tak - cena zadecydowałaby o tym, że najpierw męskie udo byłoby oznaką statusu, potem by się upowszechniło dla klasy średniej, wreszcie rozpoczętoby produkcje na masową skalę, hodując ludzi o ogromnych udach. Aż w końcu zniekształcone, zdeformowane, naszpikowane przyspieszaczami i poprawiaczami smaku (powszednie zawsze smakuje gorzej) lądowałyby na śmietniku, bo z powodu przesycenia rynku odbiorcy nie byliby w stanie wykupić i przejeść takiej ilości ludzkich nóg.
Tylko czy ktoś zadałby pytanie - czyja to noga?
Czyje to jajko?
Komu zabrano to mleko? Bo przecież ktoś tego mleka nie wypił, by mogło trafić do mojej kuchni.
Zdjęcie dziecka z napisem: "Wiem, że tata kradnie moje mleko" może wywołać uśmiech na twarzy, ale zdjęcie cielaka z napisem: "Wiem, że człowiek kradnie moje mleko" powinien dać do myślenia. Tylko czemu wolimy kraść komuś, gdy mamy swoje...
Ach, bo na ludzkim mleku nie zrobi się naleśników, a jajecznica z kobiecych jajeczek byłaby nie do przełknięcia. Sytuacja identyczna jak z nogą. I znów nikt by nie spytał: czyje to jajka, dla kogo było to mleko...

Więc kto w końcu jest tym wrogiem? Ten, co jest świadom wszystkiego i godzi się na zaistniały stan rzeczy, czy ten, który nie wie nic o składnikach odzwierzęcych w kosmetykach, bo informacja jeszcze się do niego nie przedarła?

Wrogiem jest zawsze ten, kto żąda zmian. Nawet jeżeli są to zmiany na lepsze.


środa, 23 stycznia 2013

Wege w 30 dni - odsłona druga - ZAKUPY

Wczoraj spędziłam pół dnia w Świnkach Trzech we Wrocławiu. Oprócz kawy i herbaty w firmowym kubku kupiłam również trochę jedzenia, w tym fasolkę Adzuki za 5,80zł.
Zakupy, czyż kobiety nie robią zakupów? W końcu kojarzy się to z kwintesencją naszej osoby - a kartę płatniczą za międzynarodowy symbol miłości, a przynajmniej tak twierdzi FB.
Ponieważ przeważnie kobieta robi zakupy spożywcze i prowadzi kuchnię, a przynajmniej ja daję podwaliny pod ten stereotyp, łatwiej jest mi "zajrzeć" do koszyka innych klientów hipermarketu, zobaczyć co takiego kładą na taśmie wiozącej produkty do kasy. Kiedyś byłam świadkiem sytuacji, kiedy klient przede mną kupił  wyporcjowaną kurę, jakąś wędlinę, kiełbasę, chleb i margarynę. Zostawił 25 zł. Ja położyłam na ladzie paczkę fasolki, połówek grochu, orzechy, bakalie w stylu pestek dyni, jakieś tofu, jakiś pasztet sojowy i zostawiłam niemal tyle samo. Nie wiem, ile czasu ta pani jadła swoją kurę, ja paczkę fasolki wcinałam pod różnymi postaciami prawie 5 dni.
Kiedyś też podczas rozmowy ze znajomym usłyszałam, że nie jest możliwością zrobienia posiłku dla dwóch osób za mniej niż 20 złotych. Przyznam, że wtedy zbaraniałam do reszty. Przede wszystkim z tego powodu, że tego dnia miałam zrobione na obiad gołąbki z ryżem i marchwią, w sosie koperkowym - gołębie jedliśmy dwa dni i jeszcze dwie porcje musiałam zamrozić. Nie pamiętam, ile zapłaciłam za paczkę ryżu, pół kilo  marchwi, główkę kapusty i pęczek koperku, ale pewna jestem, ze za jogurt, którym zabielałam sos zapłaciłam mniej jak 20 zł. Znajomy mój się najpierw skonsternował, następnie zdenerwował, zupełnie nie wiem czym. Każdy z nas prowadzi kuchnię najlepiej, jak potrafi, pod kątem ekonomiczności, czyli jak za niewielkie pieniądze najeść się po uszy. W końcu na tej maksymie fortunę zbiły i dalej zbijają sieci Fast-Food. Obecnie odwrócenie się do spotykanego coraz częściej Slow-Food wydaje mi się być niczym więcej jak powrotem do normalnego, zdrowego trybu jedzenia. Fakt, że muszę namoczyć danego strączka na całą noc albo i dzień, a potem go odpowiednio przyrządzić, w czasie kiedy inni ludzie wkładają półprodukt do mikrofalówki, by następnie bez wyrzutów sumienia zjeść go patrząc w telewizor wydaje się być stratą czasu z mojej strony.
Pamiętam, kiedy po długi niewidzeniu się z moją siostrą poszłyśmy na zakupy, chyba do Kauflandu. Pierwszym przystankiem mojej siostry była półka z zupkami chińskimi. (Tak na marginesie niezmiernie się cieszę, że w krótkim czasie jej upodobania kulinarne bardzo się zmieniły) Ja utknęłam na strączkach - był to początek mojej ciąży i musiałam zmienić swoje nawyki, oczywiście też rezygnując z wysoko przetworzonego jedzenia. Pamiętam do dziś zdziwienie na jej twarzy: "To jest takie tanie?!" "Jak widzisz." Odpowiedziałam.

Wiem, że w diecie wegetariańskiej i wegańskiej zaleca się różnorodność. Panuje też przekonanie, że wegetarianie potrzebują egzotycznych owoców czy wyszukanych warzyw, żeby "uzupełniać braki związane z niedoborem minerałów z mięsa". Faktycznie, miło jest czasami zjeść pomelo czy inne kaki na deser, ale Europa Środkowa to jabłkowe królestwo - jonagored, szara reneta, lobo... idąc do sklepu ma się co najmniej 4 różne rodzaje jabłek do wyboru, w lepszym jarzyniaku do 6 czasem ośmiu, w sezonie zajadać się można śliwkami, gruszkami, truskawkami... z porzeczkami i agrestem już trochę gorzej, dawno go nie widziałam w sprzedaży, co nie zmienia faktu, że nasz rodzimy seler naciowy jest równie smaczny co hiszpański - z tą przewagą, że naszego nie pryskali polscy robotnicy zatrudnieni nielegalnie za granicą, spuchnięci od chemikaliów i z wiecznym katarem.
Idąc do zieleniaka po jarzynkę na zupę i dwa kilo cebuli zostawiam około 5-6 złotych. W zamian mam pikantną gęstą rozgrzewającą cebulową dla mnie i męża na dwa kolejne dni. Jarzynka krajowa, cebulka też. Jakbym się jeszcze zakręciła miałabym własną pietruszkę ze skrzynki na balkonie. Wspieram swoich rolników za niewielką cenę, jaką ponosi mój portfel, ale ogromną korzyść, jaką oni otrzymują wygrywając tę cichą bitwę z warzywami importowanymi.
No ale jest jeszcze soja - produkty sojowe najwyższej klasy - parówki, szyneczka, kiełbaski, flaki, kotlety sojowe...
50 lat temu w Polsce o soi nikt nie słyszał, natomiast powszechne było o wiele więcej odmian warzyw, i ludzie też żyli zdrowo na diecie wegetariańskiej. Nie wiem, dlaczego nagle powinno się opierać jadłospis na egzotycznych produktach - u mnie w domu nadal króluje korzeń selera, na który wołamy "jabłko ziemne", nać pietruszkowa i marchew. Kasze i wszelkiego rodzaju ryże, ziarna, strączki, pestki, dostępnie lokalnie i pochodzące z Polski. Ludzie tak żyli od wieków. Nie muszę nagle połykać spiruliny łyżeczkami, zapijać pół litrem oliwy z oliwek i zagryzać orzechami kalifornijskimi. Pietruszkowa nać, olej lniany i orzech włoski dają podobny efekt. Jednak dla odmiany miło jest czasem zamiast pięknego jasia zjeść sobie adzuki czy inny strączek zamiast grochu - żeby życie miało więcej kolorów i nie było przewidywalne do bólu.

I jeszcze jedna obserwacja, tym razem nieco smutna... Kiedyś podczas zakupów musiałam kupić coś słodkiego - czekoladę, batona, cukierki. Jadłam i czegoś mi brakowało. "Przecież jak boli głowa, to trzeba zjeść kawałek czekolady, bo głowa cię boli od niedoboru magnezu i żelaza, a czekolada zwiera ich mnóstwo!" Kto to słyszał ręka w górę - powszechniejszego mitu chyba nie ma. A przecież... Tabliczka czekolady ma 100 gram, kosztuje 2 zł z groszami i ma dużo, dużo tłuszczu i jakieś dodatki. Stugramowa paczka orzechów laskowych też kosztuje 2 zł z groszami i też ma dużo, dużo tłuszczu. Czekoladę wciągnie się na raz, taką paczkę orzechów również. Stugramowa paczka suszonych moreli kosztuje 2 zł z groszami, taka sama paczka suszonych śliwek kosztuje nawet mniej, i zakład, że mają więcej żelaza niż cały karton tabliczek czekolady. I też są słodkie.

Indoktrynację widać na zakupach... A przecież jest różnica, na co wydasz swoje dwa złote - na paczkę landrynek czy paczkę suszonych owoców. Decyzja zależy tylko od ciebie.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Wege w 30 dni - odsłona pierwsza - INDOKTRYNACJA

Jestem wegetarianką od 14 lat. Czy stoi za tym filozofia, względy etyczne, wewnętrzny głos czy kwestia zdrowia, szowinizmu międzygatunkowego... nie wiem, chyba wszystko po trochu. Mój mąż wegetarianinem nie jest. Między innymi dlatego ścieramy się dość często w wielu kwestiach - bigos z mięsem czy bez, czy może przynieść kotlet do domu, co z kiełbaskami...
Dla mojej mamy nada jest to wydziwianie, dla siostry - chyba coś, czego nie może osiągnąć, choć chce. Moja siostra nie jest zindoktrynowana, jest konformistką. Czasami, kiedy się spotykamy, mówi mi, że tak, że stara się przejść na wegetarianizm po raz kolejny, ale posiadanie mięsojedzącego partnera i bycie w tym wszystkim niemal samemu często wywołuje presję, która szybko czyni kwestię zmiany sposobu diety niemożliwą do osiągnięcia...
Dlaczego...?
Pamiętam, że gdy byłam mała nienawidziłam jedzenia mięsa. Jak tylko widziałam kawałek ścięgna czy żyłę- nie byłam w stanie przełknąć ani kawałka. Czułam, jak ten kotlecik puchnie mi w ustach, przesuwa się w stronę przednich zębów, a gardło robi się coraz bardziej napuchnięte, dając znać, że ten kęs mnie udławi, ale do żołądka nie przejdzie. Pamiętam krzyki rodziców i zmuszanie do przełknięcia: "Ziemniaki możesz zostawić, ale mięso ma być zjedzone!" mówili. Zindokrtynowano mnie na całej linii. Zajadałam się parówkami, salami i szyneczką, ale dalej jakakolwiek żyła w mięsie napawała mnie wstrętem.
Potem dostałam żółtaczki mechanicznej. Nie wiadomo, co takiego się stało, że ten jeden z ponad 40 kamieni żółciowych wypłynął z woreczka, ani też co te kamienie wywołało - faktem jest, że zżółkłam na tyle, ze zadecydowano o jego operacyjnym usunięciu.
Nie życzę nikomu. Ciężko było się po tej operacji pozbierać. Nie wiem, jak ciężko jest osobie mającej 50 lat i ponad, kamicę żółciową diagnozuje się po 40 roku życia. Ja miałam 14. Gdy skończyłam 15 zoperowano mnie. Był to rok premiery "Titanica" z Leonardo DiCaprio - pamiętam, bo siostrze udało się mnie tuż przed operacją wyciągnąć do kina Apollo.
Jak przy każdej operacji czy też po każdej żółtaczce zaleca się dietę wątrobową - lekkostrawną, gotowaną, mega-zdrową. Ile ja się wysłuchałam na jej temat... Do tego oczywiście doszły leki sterydowe regulujące pracę tego narządu...
Nie jestem przeciwko lekarzom, nie podważam ich diagnoz - to nie moja dziedzina, jednak uważam, że często ich decyzje czy też przepisywane leki potrafią wyrządzić więcej krzywdy niż pożytku.
Tak więc na diecie lekkostrawnej wątrobowej gotowano mi na parze mięso, ryby i pchano we mnie miód, po którym czułam się bardzo źle - czasami nie pomagały nawet leki przeciwbólowe. Miałam wybór. Mogłam słuchać lekarzy, łykać leki, po których miesiączki miałam rozregulowane i leczyć się dietą, po której wyłam z bólu brzucha.
Mogłam też postawić na swoim. Bo przecież mając lat 15 za wszelką cenę chce się postawić na swoim we wszystkim.
Pierwszą decyzją było zaprzestanie jedzenia mięsa, które "mi nie smakowało". Miałam świetną wymówkę, której moja mama nie negowała. Bała się o mnie, bo nie wiedziała, co robić - skoro po diecie lekarzy czułam się źle, nie chciała mnie do niczego zmuszać.
Z menu wyrzuciłam mięso, potem miód, następnie rosół, od którego ciągle bolała mnie głowa. Mama nie mówiła nic. Po roku czasu odstawiliśmy leki sterydowe.
Minęło tych lat drugie tyle, ze 13. Tuż przed ciążą robiłam próby wątrobowe i morfologię, bo leciała mi z nosa krew przy dmuchaniu. Krew była reakcja na przemęczenie organizmu wywołane pracą w fabryce telewizorów, a morfologia i próby wątrobowe wyszły bardzo dobre.

Indoktrynacja... Mama moja do tej pory uważa mój wegetarianizm za fanaberię.
Moja siostra przechodziła na wegetarianizm chyba ze trzy razy, ale sprostanie niezrozumieniu innych ludzi jest trudne. "Jak to - bez mięsa? To co ty jesz?" albo najlepsze: "Nie wygłupiaj się" oraz "Nie bądź inna" czy "Jak zajdziesz w ciążę będziesz potrzebować białka!". W tej kwestii bardzo podoba mi się pytanie Charlotte Gerson: "Skąd krowa bierze swoje białko? Z trawy? Z trawy!" Ja też biorę swoje białko z trawy. Nie biorę sterydów. Czuję się bardzo dobrze, oczywiście wyłączając te epizody świąteczne kiedy wcinam szalone ilości czekolady.
Indoktrynacja, że bez mięsa nie przeżyjesz, że bez mięsa nie urodzi się zdrowego dziecka. Indoktrynacja, że bez mięsa nie można żyć. I strach, że przełamując ten stereotyp stanie się coś złego.
Czarna magia mięsa - można by powiedzieć. I wiążący się z tym niemal sakralny strach. Jeżeli nie zjesz, stanie się coś złego - zachorujesz, umrzesz...
Jeżeli jednak poważysz się na ten krok, przyjrzysz się tej kwestii z dystansem, to przekonasz się, że jeżeli odpuścisz sobie ten kotlet w poniedziałek, to niebo nie spadnie ci na głowę z impetem.
Dla mnie zawsze jest poniedziałek - i niebo na głowę się nie sypie.

Jeżeli ktoś z was jeszcze się zastanawia, to niech tego więcej nie robi - niech przejdzie do działania. Po 9 latach palenia papierosów rzuciłam z dnia na dzień. Nie żałuję. Po 14 latach jedzenia mięsa pozbyłam się tego nałogu. Nie żałuję.
Zostań wege, chociaż na 30 dni, a ujrzysz świat w innym świetle.