sobota, 18 lipca 2015

O blogu słów kilka - rowerowe takie tam...

Zarobiona jestem - można by rzec. Tia. Zarobiona na tyle, że nie zawsze mam czas się przespać. Nie powiem, żeby było mi to na rękę. Tempo życia, które mam ostatnio po prostu mnie przytłacza. Mam cichą nadzieję, że zwolni, bo zwariuję.
Jak zwykle w takich sytuacjach, robię dużo - ale do pracy, więc nie mam się czym pochwalić :/ Dziergam sobie chusty dwie, na zmianę, ale jeszcze dużo pracy przede mną. Oczywiście włóczka leży, koraliki zamówiłam i zapomniałam, że poszły na adres mojej mamy - kochane moje AlleDrogo. Oprócz tego nic ciekawego się u mnie nie dzieje.

Nie mo, dzieje się - strzeliłam sobie dwie pary alladynek, trzecia w drodze. Spodnie rybaka zostały w pracy okrzyknięte "piżamą"... Nie wiem, czy z powodu wygody, czy się ze mnie dziewczyny chciały pośmiać, stwierdziłam natomiast, że mam je nosie. Nie, może w nosie jednak nie. Ostatnio byłam chora 5 tygodni - na katar, który nie chciał przejść, miałam już tak dość, że może jednak temat nosa zostawmy w spokoju. Wróćmy do spodni. Spodnie były ze mną na jednym z występów tańca ognia, znaczy - były na mojej dupie, ale zdjęć jako takich nie ma, bo na razie nie jeździ z nami nikt, kto by robił zdjęcia - większość osób nam towarzyszących to technicy.

Tak wiec u mnie w tle cały czas coś się dzieje.

Inaczej sprawa ma się na blogu.

Jeszcze inaczej sprawa ma się w ruchu czytelników na tym blogu. Do tej pory żyłam w świętym przekonaniu, że jednak jest to blog poświęcony rękodziełu.  Czasami na zasadzie dziennika pojawiają się tutaj wpisy z moich osobistych doświadczeń życiowych - jak to szynszyla zeżarła mi kapcia (z premedytacją, co by nie było), jak to dostałam kosz piękny wiklinowy kosz za frajer od chłopaka, co gruz wywoził z mieszkania kilka pięter niżej, jak to się uczyłam jeździć na rowerze....

Rower to instytucja wspaniała, zachwycająca, LUBIĘ, tylko chwilowo nie mam czasu sobie pojeździć. jeszcze nie czuję się na tyle pewnie, żeby zasuwać na tym rowerze po mieści, ani też mój składaczek dostosowany do terenu nie jest, a na górala nie wsiądę i już, choćby mnie wołami ciągnęli. Mąż chciał mnie na górala wcisnąć i to był ostatni raz, kiedy byłam na rowerach. Tak mi śrubkę dokręcił, tak sobie po mnie pojechał, że popłakałam się z nerwów i wróciłam do domu. Chciał dobrze, w końcu w Wałbrzychu ponoć WSZYSCY jeżdżą na góralach, więc chciał dobrze, ale tak przesadzi, tak się wystraszyłam, że dałam sobie spokój.

Do czasu.Znajome z pracy jeżdżą na rowerach z holenderską ramą, pięknie nisko wykrojoną, bez żadnego drąga między nogami, co by się w pipkę wciskał. Czaję się, żeby się przymierzyć do jednego takiego roweru. Czaję się chociaż chwilowo brak mi na to czasu.  Pracuje po 14 godzin na dobę i powoli tracę kontakt z rzeczywistością. Jak się ogarnę, to pewnie w końcu posadzę dupsko na jednym z nich i sobie zobaczę jak to wygląda. A potem znowu będę brać nadgodziny, żeby sobie na taki rower zarobić :)

Napisała do mnie jakiś czas temu komentarz pewna Pani, która stwierdziła, że po przeczytaniu mojego wpisu zdecydowała się nauczyć jeździć na rowerze - i się nauczyła! Emocjonalne ze mnie stworzenie, więc jak przeczytałam tę historię popłakałam się ze szczęścia i z dumy. Wpis obliczony był na to, żeby podzielić się z większą grupą ludzi swoimi spostrzeżeniami, procesem nauki i tym, jak się zmienia podejście człowieka do tematu w trakcie nabierania nowych umiejętności. Chciałam, żeby ktoś to sobie kiedyś poczytał i dowiedział się, czego ewentualnie może się spodziewać, kiedy na ten rower po raz pierwszy wsiądzie, co może poczuć, jak się zmieni i czemu nie powinien się bać. W jakiś sposób chciałam pokazać jak to wygląda z perspektywy osoby uczącej się, a nie uczącego - no, nie ukrywajmy, skminy cyklistów, którzy uczą nie-cyklistów potrafią czasami przestraszyć i mają bardziej wydźwięk testowy - a może niech spróbuje tak, a może niech spróbuje siak.... Mąż mój cyklista też chciał się ze mną bawić w ten sposób, co po części było dobre, ale tylko po części - bo to od uczące się powinno zależeć, na ile ma determinacji, na ile chce wyjść poza ten murek "Ja-nie-umiem" i kiedy kończy się jego cierpliwość, kiedy potrzebuje nabrać tchu.

Cieszę się niezmiernie, że takie sobie moje pisanie jednak komuś pomogło wejść w świat rowerów. Cieszę się bardzo, kiedy pojawiają się nowe komentarze pod postem, kiedy ludzie piszą do mnie, że jednak się odważyli, że zebrali w sobie odwagę i - zrobili to. I jest MOC :)

Posta dedykuję tej Pani, która zagląda tu czasami i szuka nowych wpisów o rowerach. Miałam wprawdzie odpisać mailowo, ale najnormalniej w świecie brak mi czasu.

Tak więc odpisuję tutaj - podziwiam, pozdrawiam, ściskam - i dziękuję za wspaniałe wieści :)

Oto kolejny dowód na to, że między "nie umiem" a "wsiadasz i jedziesz" jest dużo pracy, wiele nieudanych prób, dużo wstydu i jeszcze więcej zażenowania - ale jest to do zrobienia.

No, to teraz może opublikuję coś z zakresu rękodzieła artystycznego - w nowym wpisie w sierpniu.

Pozdrawiam Czytelników moich wspaniałych - łapcie słoneczko i witaminę D.

3 komentarze:

  1. Trafiłam przypadkiem, jak to w życiu. Czekam na wpisy, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Szukałam dziś czegoś o nauce jazdy dla dorosłych. Będę probować. Prawdopodobnie dziś. Mój mąż kocha rower i nie może przeboleć, że nie potrafię jeździć. Boję się strasznie, bo mam zaburzenia równowagi, ale albo teraz albo nigdy! Mam nadzieję, że się uda, tak jak Tobie :) Pozdrawiam z Wrocławia!

    OdpowiedzUsuń